5 czynności przy dzieciach, których nie wykonuję, aby zdobyć chwilę dla siebie

jak zdobyć chwilę dla siebie kubek

Każdy rodzic, zwłaszcza mama, przyzna mi chyba rację w pewnej kwestii: gdy próbujemy wykorzystać podarowany nam przez dziecię moment spokoju na zrobienie czegoś innego niż zajmowanie się nim, czas mija szczególnie szybko. Moim sposobem, aby tego czasu zyskać trochę więcej i zdobyć bezcenną chwilę dla siebie, jest niewykonywanie pewnych czynności. Właściwie nie jest to jakiś zaplanowany z góry sposób, a wynik tego, jaka jestem.

W tym miejscu przyznam się Wam do pewnej brzydkiej cechy. A niech tam, zrobię to, nawet jeśli spotka mnie za to lincz idealnych mamusiek. Cecha ta bowiem bardzo ułatwia mi życie. Co to jest? Są pewne sfery, w których jestem strasznym leniem. Są i takie, w których wykazuję się dużą pracowitością. Rzecz oczywista, zależy to od mojego lubienia lub nie danej czynności. Rozciąga się to również na obszar macierzyństwa. W tym miejscu więc przyznaję się głośno: jestem leniwą matką. Do tego bezczelną, bo nie jest mi z tego powodu specjalnie wstyd. Powiem Wam więcej, uważam, że świetnie na tym wychodzę.

Nic nie poradzę, że mit poświęcającej się dla dziecka i składającej siebie w ofierze Matki Polki wywołuje u mnie ostry sprzeciw. Zresztą wiele w fachowej literaturze napisano o tym, że poświęcanie się w macierzyństwie nikomu, ani matce, ani dziecku na zdrowie nie wychodzi. Sfrustrowana mama, chcąc nie chcąc, swoją frustracją i hamowaną (lub nie) złością wyrządzi sporo krzywdy nie tylko sobie, lecz także dziecięciu.

Pewnie w tym momencie zastanawiacie się, czy moje dzieci biegają samopas po okolicy brudne, bose, z gilem do pasa, w poszukiwaniu pokarmu oraz zajęcia, a ja sączę kawkę i maluję pazurki, zerkając na fejsika. No, 6-miesięczniak może jeszcze nie biega, za to przypuszczalnie leży sam w pokoju z pełnym pampersem i kwili. Muszę Was uspokoić. Wydaje mi się, że niczego moim chłopakom nie brakuje. No dobra, tak idealnie to pewnie nie mają, bo kto ma. Jednak tym, czego mają wręcz w nadmiarze, którym ich czasem niestety zalewam, jest moja miłość. I wszystko co się z nią wiąże: troska, zachwyt, a także strach i inne…

Skłamałabym też, pisząc, że całkiem udaje mi się uniknąć matczynej frustracji i poczucia, że poświęcam się dla dzieci. No nie, bez pewnej ich dozy chyba nie da się przejść przez tę, nie zawsze usłaną różami, za to zawsze brudnymi pieluchami, zabawkami, okruszkami i stertą ubranek poplamionych marchwią, drogą.

Aby jednak przejść do konkretów: to właśnie z powodu mojego matczynego lenistwa staram się nie wykonywać tych czynności, których nie cierpię oraz tych, które wydają mi się zbędne, a zabierające dużo (jakże cennego dla każdego rodzica, w tym dla mnie!) czasu. Spokojnie, higiena i fizjologia (mycie, przewijanie, ubieranie, pranie, przygotowywanie i podawanie jedzenia) są, niestety 😉 poza dyskusją. Często słyszę słowa wyrażające albo uznanie, albo dezaprobatę, albo zdziwienie, a u innych mam czasem zazdrość, że:

 

  1. Nie usypiam dzieci

Nie kołyszę na rękach, nie bujam w wózku, nie śpiewam kołysanek, nie siedzę przy łóżeczku, aż zaśnie. Chyba że dziecko akurat tego potrzebuje: jest chore, coś je boli lub przeżywa jakiś większy stres. Zdarzało się to z Jasiem, ale tylko sporadycznie, w pojedynczych sytuacjach lub krótkich okresach. Przy małym Ignasiu czasem siedzimy, gdy chłopak ma jakiś większy kłopot z wyciszeniem się przed snem. Nie wychodzimy jednak przed szereg. Moje chłopaki zwykle zasypiają sami. Gdy słyszę, że to złote dzieci, odpowiadam, że być może, za to na pewno leniwa matka.

4-letniemu obecnie Jasiowi, odkąd zaczął być na tyle rozgarnięty, aby mu czytać, codziennie czytamy na dobranoc. Zawsze jednak tylko jedną bajkę lub jeden rozdział z większej książki. Tak jest od początku, więc nigdy nawet nie próbował wyłudzić więcej. Czytanie jest częścią wieczornego rytuału, ale odbywa się na kanapie w salonie, zanim Jaś położy się do łóżka. Już w łóżku są buziak i przytulas.

 

  1. Nie bawię się z dzieckiem na placu zabaw

    jak zdobyć chwilę dla siebie plac zabaw

Mam tu na myśli zarówno placyki na otwartym powietrzu, jak i małpie gaje. Nie widziano mnie na zjeżdżalni, ani wspinającej się po konstrukcjach. Sorry, ale wolę wypić w spokoju kawę lub po prostu posiedzieć i pokontemplować chwilę nicnierobienia. Jaśkowi nigdy nawet nie przyszło do głowy proponować mi uczestnictwa. Owszem, podchodzę i pocieszam, gdy słyszę jego płacz, podziwiam, gdy uda mu się zrobić coś, czego jeszcze przed chwilą się bał, pobujam na huśtawce lub pokręcę na karuzeli, gdy mnie o to poprosi. Czy zawsze, twardo, trzymam się takiej postawy? Nie. Na warszawskich Bielanach, gdzie mieszkamy, przy AWF, jest zewnętrzny park trampolin. Są to po prostu mniejsze i większe siatki do skakania, wbudowane w podłoże. Jakiś czas temu byłam tam z Jasiem i skakałam razem z nim. Po prostu poczułam na to chęć i sprawiło mi to frajdę. A Jasiek? Był lekko zszokowany tym, co wyprawia jego mamuśka.

 

  1. Nie bawię się z dzieckiem w dziecięce zabawy

Dopóki Jaś był jedynakiem, nigdy nie przychodziło mu do głowy prosić mnie lub S o bawienie się z nim w stylu odgrywania ról zwierzątkami z lego duplo. Tego typu czynności napawają mnie znudzeniem o takim poziomie, że po dwóch minutach zbiera mi się na wymioty. Pierworodny pięknie sam organizował sobie zabawę, od nas oczekując jedynie zajrzenia do niego, wysłuchania i wyrażenia aprobaty. Cudownie, co? Powiecie może, że wyrodni z nas rodzice, niespędzający czasu z dzieckiem. No cóż, wolę robić to, do czego mamy przekonanie oboje. Do takich wspólnych zajęć należą spacery, tańce wygibańce w rytm muzyki, prace plastyczne, gry, czytanie książek czy po prostu rozmowa. Po urodzeniu się brata przestało być tak różowo. Jaś zaczął wymagać większej atencji. A że trudno mu się dziwić, nie możemy mu jej odmówić. Ja i S nadal staramy się jednak robić to, co nam wszystkim sprawia przyjemność. Mówię Jasiowi szczerze, że tego akurat mamusia nie lubi robić, ale za to możemy zrobić to lub to. Zwykle się udaje.

 

  1. Nie sprzątam zabawek dziecka

    jak zdobyć chwilę dla siebie zabawki

Jaś od początku jest uczony, że po skończonej zabawie trzeba posprzątać zabawki. A także, że zanim weźmie się następną zabawkę, należy odłożyć tę, którą skończył się bawić. Dużym ułatwieniem jest przestrzeganie i egzekwowanie tych zasad w placówce (najpierw w żłobku, potem w przedszkolu), dom jest ich przedłużeniem – mamy za zadanie tylko tego nie zepsuć. Janek czuje się w swoim pokoju gospodarzem, odpowiedzialnym za to, jak w nim jest. Nie będę ściemniać, że zawsze z taką chęcią zbiera zabawki. Bywa, że trzeba zastosować wspomagacze (to osobny temat na post) lub trochę mu pomóc, gdy bałagan, który zrobi, go przerasta. Zdarza się to sporadycznie w sytuacjach, gdy jest wyjątkowo zmęczony po intensywnym dniu. Liczy się jednak generalna zasada, która jest dla niego oczywistością – tak jest w przedszkolu, tak jest w domu, tak jest od zawsze – każdy sam odkłada na miejsce rzecz, którą wziął.

 

  1. Nie prasuję

Dotyczy to zresztą wszystkich ubrań, nie tylko dziecięcych. Co do męskich koszul, to muszę z dumą napisać, że S prasuje je sobie sam. Prasowanie może i jest zajęciem (dla niektórych) relaksującym, a wyprasowane rzeczy pięknie wyglądają na półce oraz na nosicielu. Ale ile to zajmuje czasu! Jeśli odpowiednio rozwiesić rzeczy po praniu, a mam na to patent, nie są bardzo wygniecione. Do końca wygładzają się na człowieku 😉

 

Muszę zaznaczyć, że daleka jestem od oceniania tych osób, które powyższe rzeczy robią. Zwłaszcza, jeśli robią je z przyjemnością i przekonaniem. Natomiast niedobrze, jeśli czynią to z niechęcią, wyłącznie z wewnętrznego przymusu i z braku przyzwolenia na bycie trochę leniwą. Fakt, że ja tak nie robię, nie jest wynikiem jakichś projektów czy założeń. To tylko przejaw lenistwa i chęci wyłuskania choć odrobiny czasu i przestrzeni dla siebie.

 

A jakich czynności przy dzieciach Wy nie lubicie wykonywać lub uważacie je za stratę czasu?

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *