Były zatrudniane, aby uczyć dzieci. Zobacz, czym się to kończyło… Gdzie i czego uczyły się polskie dzieci w XIX wieku? Część II

guwernantki rezydencja

 

Kobiety o których mowa w tytule, to oczywiście guwernantki. Na pozór zwykłe nauczycielki bogatych panienek z arystokratycznych domów. Pozory jednak potrafią mylić. Zajrzyjmy do wspomnień samych zainteresowanych, czyli kobiet, które w dzieciństwie uczyły się pod okiem guwernantek – co mają nam na ten temat do powiedzenia?

Na początek: zapytacie może, dlaczego owe panny nie mogły po prostu chodzić do lokalnej szkoły. Hmmm, odsyłam do pierwszej części cyklu, a w skrócie: w pierwszej połowie XIX wieku podstawówek we współczesnym rozumieniu po prostu nie było. Owszem, istniały tzw. szkoły elementarne, ale nie było ich tyle, co dzisiejszych podstawówek – mozolnie tworzono wówczas sieć szkolnictwa początkowego. Jak pisałam, analfabetyzm był wówczas jeszcze, jeśli nie na porządku dziennym, to czymś spotykanym nierzadko i niebudzącym zdziwienia. Oczywiście nie dotyczył przedstawicieli najwyższych klas społecznych.

Ówczesne panienki z arystokratycznych rodzin, choć do szkół tych nie uczęszczały, miały szansę nabyć choć podstawy wiedzy ogólnej. Czemu tylko podstawy? – zapytacie. Tyle wystarczyło z naddatkiem, aby być żoną, matką i gospodynią. Edukacja chłopców z wyższych sfer wyglądała zupełnie inaczej, bo służyła przygotowaniu do pracy zawodowej i pełnienia wysokich funkcji.

W tym poście dowiecie się, jaki był zakres i poziom nauczania dziewcząt przez guwernantki w XIX wieku, a przede wszystkim, przeczytacie o meandrach relacji pomiędzy uczennicami a nauczycielkami – a w relacjach tych działo się różnie.

 

guwernantki guwernantka u drzwi

 

Edukacja domowa

Dziewczynki z arystokratycznych rodzin pobierały naukę w domu. Tylko część z nich była, po pierwszych kilku latach nauki pod okiem domowej nauczycielki, wysyłana na pensje dla dziewcząt – prywatne lub przyklasztorne.

Jak pisałam, edukację domową uważano za bardziej wartościową i elitarną. W pierwszym poście z cyklu ustaliłam też, że dziewczynki uczyły się przede wszystkim: kobiecych prac domowych (nadzorowania gospodarstwa, czasem gotowania, zawsze cerowania i haftowania), katechizmu oraz przedmiotów artystycznych (takich jak gra na instrumencie, śpiew, taniec, rysunek). Wiedza ogólna była tylko częścią zakresu edukacji dziewcząt, nie tylko nie najważniejszą, ale wręcz traktowaną po macoszemu.

 

Guwernantki

Nauka pod okiem zatrudnionej przez rodziców nauczycielki – guwernantki – była najpopularniejszą w XIX wieku formą przekazywania wiedzy ogólnej małej arystokratce. Najczęściej „casting” przeprowadzała matka dziewczynki i to do niej należał wybór nauczycielki. A, jak wnioskuję na podstawie lektury wielu pamiętników XIX-wiecznych arystokratek, nie był to wybór łatwy. Matki częstokroć narzekały na słabą podaż na „rynku guwernantek”. Bywało też, że za szumnymi zapowiedziami nie szła praktyka w postaci wysokiego poziomu wiedzy merytorycznej i pedagogicznej. Za to szły inne sprawy, o których przeczytacie w dalszej części posta.

Często guwernantka była cudzoziemką, „native speakerką”, aby ułatwić dziewczęciu zdobycie biegłej znajomości języków obcych (rzecz jasna, zwłaszcza francuskiego, który był nieodzowny, choć angielski też był w cenie).

Tak Anna Potocka komentuje zwyczaj zatrudniania cudzoziemek w charakterze bon i guwernantek:

Matka, która mało się stosunkowo dziećmi zajmuje, zamiast wziąć bonę staranną, doświadczoną, bierze pierwszą lepszą dziewkę albo jakiego trzpiota Francuzkę i myśli, że charakter dziecka jak wosk miękki, wrażliwy, wykształci się w takim towarzystwie! Nie mówię, by źle było dla języka zawczasu wziąć cudzoziemkę; i owszem, bo zabawą nauczą się dzieci tego języka (…). Ale jeżeli się nie ma osoby bardzo pewnej, rozumiejącej swój obowiązek wychowawczy, to mieć koniecznie Polkę rozumną jako kierowniczkę, a Francuzkę młodą do pomocy, (…) żeby tylko bawić się przychodziła pod dozorem Polki. (1)

 

guwernantki guwernantka z dziewczynkami

 

Czego właściwie uczyły guwernantki? Jaki był poziom tej nauki?

Jak pisałam, nie było jednego, ustalonego odgórnie programu nauczania dziewcząt. Na kartach XIX-wiecznych kobiecych pamiętników, które służą mi jako główne źródło informacji, niewiele dowiemy się na temat zakresu wiedzy przekazywanej przez guwernantki.

Tak podsumowuje swój poziom edukacji domowej Zofia Szeptycka, córka Aleksandra Fredry:

Już niby to i uczyłam się, ale rzetelnie mówiąc w żadnym kierunku mózgu mego nie natężając. (…) Dość że Mazdunia [bona i guwernantka] uczyła mnie katechizmu, historii ś-tej (…) potem l’histoire ancienne, grecque, romaine, d’Angleterre, de France, wszystko, co Lamé Fleury [francuski autor popularnych podręczników historii dla młodzieży] spłodził. Z Paulinką [przygarniętą sierotą, córką leśniczego zamordowanego podczas rzezi chłopskiej] brałyśmy lekcje polskiego języka, rachunków, początków niemieckiego od jakiegoś „pana profesora” (…). Jednego dnia zabrał się do historii polskiej, zaczynając od Henryka Walezjusza. (2)

Anna Potocka zaś tymi słowy kreśli zakres nauczania jednej z guwernantek:

W Poznaniu wlekły się dni bardzo smutno na nauce z panną Sankey. Prócz wszystkich niedogodności tej nauki (…), była jedna jeszcze okropna: to kary, które nieodmiennie stanowiło przepisywanie; ale to przepisywanie całych foliałów. (3)

Czyżby niedobór informacji był znamienny i świadczył o tym, że po prostu nie za bardzo było o czym pisać?… Wygląda na to, że zakres materiału był mocno przypadkowy i uzależniony od wiedzy i preferencji danej nauczycielki. Edukacja ta miała więc charakter dość chaotyczny.

Znacznie więcej niż o przekazywanej wiedzy można na podstawie lektury pamiętników dowiedzieć się, co się działo na linii nauczycielka-uczennica. A działo się wiele…

guwernantki stara księga z kwiatkiem

 

Relacje między guwernantką a uczennicą

Anna Potocka była, jak wynika z jej relacji na kartach pamiętnika, dzieckiem, którego wychowanie i nauczanie musiało być sporym wyzwaniem. Dzieckiem pełnym energii, dla którego katorgą było wielogodzinne siedzenie z nauczycielką w zamkniętej sali szkolnej. Dzieckiem o dużym temperamencie i nieco ekscentrycznym charakterze (w późniejszym wieku okazało się, że współwystępował on z dużymi zdolnościami artystycznymi). Na próby złamania jej naturalnych skłonności przymusem i siłą reagowała tak, jak robi to wiele współczesnych dzieci: histerycznym płaczem, rzucaniem się na ziemię, biciem, gryzieniem.

Tylko że wówczas oczekiwano od małej arystokratki całkowitego posłuszeństwa w stosunku do dorosłych. Wymagano, aby była grzeczną, pokorną i cierpliwą dziewczynką, bez dyskusji wypełniającą polecenia nauczycielki. A mała Anna taka nie była.

Niestety kolejne zatrudniane do niej guwernantki najwyraźniej nie brały pod uwagę tak oczywistej dziś dla nas prawdy, że każde dziecko jest inne i wymaga innych metod wychowawczych. Annę uznały więc za wariatkę, czemu dała wiarę matka dziewczynki. Tak Potocka wspomina owe perypetie:

Nikt nie ma pojęcia, jak uczucia dziecka są gwałtowne, jak rozwinięty czasem umysł, choć w spaczonym kierunku. Istotnie byłam bardzo nieszczęśliwa. Matka moja biedna nie winna była temu; ona nie miała czasu dobrze się przypatrzyć, zbadać moją naturę, powody złego dośledzić; wiedziała o mnie z opowiadań panny Byrne [nauczycielki sprowadzonej z Irlandii], która najszczerzej w świecie miała mnie za wariatkę lub opętaną. Istotnie, niestworzone rzeczy wyrabiałam, gdy mnie już mieli zamykać; [za karę, gdy dziewczynka nie mogła usiedzieć podczas lekcji i była niegrzeczna wobec nauczycielki] nie chciałam się dać, kopałam, gryzłam tych, co się do mnie przybliżali (…); wtedy wołano mamę, która łzami się zalewała patrząc na te szaleństwa i sądząc, że ja doprawdy jestem szalona. Pamiętam, że doktorów sprowadzali, kuracje ze mną odbywali, a tu jednej tylko kuracji trzeba było: sprowadzić kilkoro dzieci mego wieku i dać mi się wybiegać i wyhulać; ale to nikomu na myśl nie przyszło. (4)

Dziś trudno uwierzyć, że tak oczywista prawda nie przyszła do głowy ani kolejnym „paniom pedagog”, ani matce dziewczynki, która miała kilkoro starszych dzieci (choć żadne nie sprawiło tyle kłopotów wychowawczych, co Anna). Guwernantki małej Anny się zmieniały, jednak wraz ze zmianą nauczycielki nie znikał problem.

 

guwernantki akcesoria ucznia

 

Wiele uwagi Potocka poświęca roli swojej matki w tej trudnej sytuacji, tłumacząc ją i rozgrzeszając oraz diagnozując przyczynę matczynego zagubienia:

Dziwicie się może, że mama tamy temu nie położyła. Moi drodzy, niech wam to służy za dowód, jak to łatwo mylić się lata całe zapatrując się na coś z pewnego fałszywego punktu widzenia. Były dwa powody do tego, ażeby mnie mama zostawiała na pastwę panny Sankey. — >>Primo<<, jak wam mówiłam, od pierwszych lat życia mama mnie dobrze nie poznała, nie wybadała przyczyn, przez które doszłam do wielu ekscentryczności; wierzyła jeszcze w potworne wieści, jakie miała o mnie przez pannę Byrne i pannę Radolińską; wreszcie cóż dziwnego, czy nie widziała mnie pieniącą się ze złości, rzucającą się jak zwierzę dzikie, niedawno, lat parę pierwej? (…) Drugi fałszywy punkt zapatrywania był: wyobrażenie mamy o rozumie panny Sankey. (…) Mamy niesłychana pokora dawała jej wyobrażenie, że ona, której ta panna Sankey niegodna była trzewika rozwiązać, nie jest zdolną pokierować wykształceniem moim; mama tak wykształcona, oczytana (…). (5)

Myślicie teraz pewnie: I ona tak spokojnie o tym pisze, co więcej, usprawiedliwiając w ten sposób swoją własną krzywdę, do której matka się przyczyniła? Co to za matka, która nie zna dobrze swojego dziecka? Okazuje się, że w tamtych czasach miłość i troska o dziecko – a co do tych nie można w przypadku matki Anny mieć wątpliwości, sama Anna też ich nie ma – nie szły w parze z tak bliską relacją, jaka dziś jest dla nas czymś oczywistym.

Anna jednak nie przejęła pałeczki w sztafecie pokoleń – z jej wspomnień wynika, że swoje dzieci traktowała w sposób bliższy współczesnym normom w tym zakresie. Z własną matką zaś nawiązała lepszy kontakt i głębszą więź dopiero jako nastolatka.

Bazując na owych trudnych doświadczeniach z dzieciństwa, Potocka daje cały szereg porad i ostrzeżeń dla przyszłych mam, wszystkie w podobnym tonie, jak ta:

Niechże więc czujność wasza co do dzieci nie ustawa. Gdybyście anioła z nieba miały do dzieci, to pamiętajcie jednakże, że nie jego, ale was Bóg będzie pytał i społeczeństwo, i kraj o dziecko wasze, o jego duszę, o jego cnotę, o jego zdolności zmarnowane. Odpowiedzialności więc nigdy z bark swoich nie zrzucajcie, nawet przez to niby poczciwe uczucie pokory, które matkom wystawia, że one za głupie, by się wdawać w kształcenie dzieci. Nie i nie, i jeszcze raz nie; jeżeli czujecie się niezdolne, to uzdolnijcie się, a co wam nie stanie rozumu do tego zadania, to zastąpi intuicja matkom właściwa. (6)

Czyż ta porada nie brzmi całkiem współcześnie? Coś mi się wydaje, że mądrość, a zwłaszcza mądrość matki, jeśli nią rzeczywiście jest, to jest ponadczasowa i uniwersalna.

Formułując kolejną przestrogę, Potocka zwraca też uwagę na aspekt przywiązania dziecka do opiekunki:

Moje dzieci! [Potocka swój pamiętnik adresuje do swoich, dorosłych już, dzieci] jedną jeszcze rzecz przypominam sobie, która powinna być przestrogą dla każdej matki. Matki nieraz łudzą się o dobroci nauczycielki, bo widzą, że ją dziecko kocha! Nigdy wierzyć temu nie trzeba; pies najbardziej bity szaleje za swoim panem. I dziecko przywiązuje się i do najgorszej osoby. Jak wam wiadomo, bardzo mnie czyniła nieszczęśliwą panna Byrne; (…). Przywiązana do niej byłam ogromnie. (…) (7)

 

guwernantki guwernantka

 

Pozostając przy kwestii przywiązania do guwernantki: inne pamiętnikarki malują w swoich wspomnieniach zupełnie inny obraz relacji z nauczycielką niż Potocka, akcentując silną więź, często większą niż z matką. Zofia Szeptycka swoją nauczycielkę (i opiekunkę) nazywa we wspomnieniach „trzecim sercem”:

Trzecim sercem [obok matki i ojca] czuwającym nade mną i postacią, której pamięć odnajduję na każdym kroku, nigdy w swej miłości nie zamąconą przez lat 45 mego życia, była Adela Defforel. (8)

Dziewczynka wymyśliła nawet dla swojej ukochanej niani i guwernantki własne zdrobnienie – Mazdunia:

(…) pokochałyśmy się w krótkim czasie i pokochały na życie całe i poza życie. Z mademoiselle Adèle utworzyłam wkrótce słowo Mazdèle, później Mazdunia, imię nie tylko w domu naszym, lecz w całej rodzinie i między przyjaciółmi do kilku lat kochane, później czczone. (9)

Zauważmy, że w obydwu cytatach Zofia pisze wprost: ona po prostu kochała swoją nianię i nauczycielkę, nie mniej niż matkę, a może nawet bardziej, a na pewno bardziej otwarcie.

Z tą ostatnią łączyła ją trudna relacja: choć autora pamiętnika nie ma wątpliwości, że matka bardzo ją kochała, czego wyrazem była troska i lęk o dzieci:

Kochała nas namiętnie, nigdy pono nie wychodząc z troski o nas i zdrowie nasze; lada katarek bywał powodem niepokojów i nocy bezsennych. Lecz wychowana sama przez matkę do despotyzmu surową, nigdy nie była dzieckiem, a mniej jeszcze szczęśliwym dzieckiem. Toteż dzieci nie rozumiała, męczyły, nudziły i niecierpliwiły ją. (10)

… to zupełnie nie umiała jej tego okazać:

Nie chciała Matka, wskutek własnych pewno zrażeń doznanych, abym się stała pieszczotliwą, i prawie zawsze, gdym się do niej tuliła, głaszcząc mnie po włosach, zarazem mnie od siebie odsuwała mówiąc: „Nie ucz się pieszczot, bo w życiu znudzisz nimi tylko”. Pewnej prawdy zawartej w tych słowach nie rozumiałam, lecz rozumiałam odsunięcie od siebie, i to mnie mroziło do szpiku kości. (11)

Zofia oddaje zawiłości swojej relacji z matką także tymi słowy:

Bywały czasy, w których miałam uczucie, że matka wprost nie lubi mnie, że obeszłaby się beze mnie, a jednak kochała mnie ona i bardzo. Z mglistego zarania dzieciństwa wyłonił się z czasem stosunek przedziwnej miłości i przyjaźni między nami. (…)Wiedziałam później dobrze, że stałam się dla niej światłością ócz jej, a moja ku niej miłość miała w sobie coś [z] macierzyńskiej siły, a zarazem litości. Drżałam o jej życie, czasami po nocach nie sypiałam, nadsłuchując i zrywając się za lada szelestem z trzeciego pokoju dochodzącym mnie, tak że wreszcie dla własnego spokoju uprosiłam, abym w jej pokoju nocować zawsze mogła. (12)

Jak dobrze, że ojciec Zofii był zupełnie inny, czuły:

Wielka była rzewność w miłości, którą nas Ojciec kochał. Mawiał często: „Oj, dzieciska, te dzieciska to się tak kocha , że aż serce boli!” (13)

Brzmi znajomo?

Szczęściem też było, że w jej życiu pojawiła się (i pozostała w nim) kobieta, która zrekompensowała jej to, czego zabrakło ze strony matki. Choć dziś taka rekompensata może wydawać nam się marnym substytutem.

 

Starsza siostra Anny Potockiej, Jadwiga Zamoyska (obie z domu Działyńskie), musiała podobnie jak Anna mieć niełatwy charakter, miała jednak więcej szczęścia, bo trafiła na nauczycielkę, która znalazła klucz do niej:

Wejście do domu panny Birt stało się dla mnie istotnie nową epoką mego życia. Zniknęły moje smutki, zniknęły i moje grzechy, zniknęło przede wszystkim niezadowolenie mojej Matki, powodowane moim nieugiętym i niemożliwym usposobieniu. Zniknęło mnóstwo cierpień fizycznych i moralnych. [spowodowanych m.in. przez poprzednią nauczycielkę, Wandę Żmichowską] (14)

I Zamoyska pisze wprost, że z guwernantką łączyła ją miłość:

Pannę Birt tak pokochałam, że na jej skinienie nie wiem co byłabym zrobiła z radością. (…) Dość, że taka zaszła zmiana w moim życiu, że nic mi w sposób szczególny w pamięci nie utkwiło, jak chyba to, że lekcje tak polubiłam że mi się w radość obróciły. (15)

Widzimy też, że panna Birt była dla małej Jadwigi (podobnie jak Mazdunia dla małej Zofii) kimś więcej niż tylko nauczycielką – była też opiekunką, kimś, kto przejął funkcje matki:

Godzinami przesiadywałam na kolanach panny Birt, która zawsze coś miała nauczającego do opowiadania. Po nocach do mnie wstawała, uspakajała w szkaradnych zmorach (…). Dość, że z dnia na dzień, miłość moja i wdzięczność dla nie[j] rosły. (16)

Przeczytawszy następną wypowiedź Jadwigi, moglibyśmy jednak uznać, że relacja ta nie była do końca zdrowa, a wręcz że nosi znamiona toksycznej:

(…) któregoś dnia, panna Birt czymś zniecierpliwiona, uderzyła mnie w twarz. Wtem, przychodzi ktoś powiedzieć, że mnie moja Matka woła. Wiedziałam, że moja Matka znieść nie mogła ażeby nas kto uderzył i że nigdy na to nie pozwalała. (…)nie wiele więc myśląc dałam sobie w twarz z drugiej strony, ażeby oba policzki były równie czerwone. (17)

 

Z przytoczonych wypowiedzi zarówno Zamoyskiej, jak i Szeptyckiej, widać, że ich więzi z nauczycielkami i opiekunkami wykroczyły daleko poza ramy relacji uczennica-nauczycielka, a także poza okres dzieciństwa. Kobiety te zagościły w ich życiu na stałe, jako ktoś bliski, ktoś z bliskiej rodziny, bliższy wręcz niż matka. Bo ta, w odróżnieniu od guwernantki, nie była do wyłącznej dyspozycji, nie miała tyle czułości, ciepła, a przede wszystkim czegoś tak banalnego jak… czas.

 

guwernantki nowa guwernantka

 

Nauka pod skrzydłami – czasem opiekuńczymi, a czasem miażdżącymi –  guwernantki nie była jedyną formą kształcenia małych arystokratek w XIX wieku. O innych przeczytacie w następnym poście z cyklu.

 

Podobał Ci się artykuł? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

 

Powołania:

  1. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik, Warszawa, Instytut Wydawniczy Pax, 1973, s. 211.
  2. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1967, 115.
  3. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik…, 47.
  4. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik…, 28.
  5. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik…, 47.
  6. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik…, 48.
  7. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik…, 30.
  8. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych… 42-43.
  9. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych… 43-44.
  10. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych… 40.
  11. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych… 40-41.
  12. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych… 42.
  13. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych… 37-38.
  14. Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia, Londyn 1961, s. 33.
  15. Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia… s. 34.
  16. Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia… s. 42.
  17. Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia… s. 43.

 

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *