To już?

Wraz z deszczową pogodą, w niedzielę spłynął na mnie smutek. Oblekł mnie całą swoją lepką pajęczyną, której nie umiem się pozbyć. Może takie okresy przygnębienia są potrzebne dla utrzymania równowagi? Bo w końcu gdyby nie bywało gorzej, nie umielibyśmy cieszyć się stanem względnego spokoju ducha i zadowolenia? Nawet nie uświadamiamy sobie, że żyje nam się w sumie całkiem przyjemnie, dopóki nie przestanie tak być. Tak sobie tłumaczę, aby łatwiej mi było zaakceptować swój aktualny stan. Tym bardziej, że w sumie nie wydarzyło się nic dramatycznego. Wszyscy zdrowi, to najważniejsze.

Jest mi ciężko na duszy, bo dotarło do mnie, że za niespełna miesiąc upłynie rok od momentu, gdy wzięłam po raz pierwszy w ramiona ważącego wówczas 2,5 kg i mierzącego 48 cm synka. A to oznacza nie tylko, że Ignacy „zdmuchnie” swoją pierwszą świeczkę na torcie, lecz także, że kończy się raz na zawsze pewien etap.

Mimo wszystkich trudów: kilku pierwszych tygodni, gdy dzień był nocą, a noc dniem, chwil skrajnego zmęczenia, utraty cierpliwości, bezradności, było przecież też tyle chwil rozpływania się ze szczęścia. Nieporównywalnego z żadnym innym. Przekonałam się, o czym zresztą pisałam tu i tu, że w macierzyństwie krótkie chwile radości potrafią skutecznie zrekompensować całą mniej przyjemną (delikatnie mówiąc) resztę.

Gdy puszczałam w świat (czyli do żłobka) pierworodnego i wracałam do pracy, byłam mniej rozmemłana emocjonalnie. Pamiętam jednak, jak kilka dni przed powrotem do pracy, zostawiwszy na 2 godziny Jasia adaptującego się w żłobie, pojechałam coś załatwić. Jechałam autobusem przez Warszawę, patrzyłam przez okno i wciąż widziałam matki spacerujące z wózkami. I wtedy po raz pierwszy poczułam, że będzie mi tego cholernie brakować. Tych dni, gdy nie trzeba się było nigdzie spieszyć. Gdy można było przemierzać z wózkiem swoją rozległą dzielnicę wzdłuż i wszerz, myśląc o niebieskich migdałach. Poczułam wtedy, jakby pękła jakaś kolorowa bańka, w której byłam przez ten rok spędzony z dzieckiem.

Bo taki jest ten czas. Żyje się w pewnym oderwaniu od rzeczywistości. Od codziennego kieratu praca-dom. I choć nie zawsze jest kolorowo, choć frustracja i zmęczenie sprawiają, że nie zawsze człowiek umie się tym cieszyć, gdy się kończy, robi się żal. Że to już. Że można było przeżyć to lepiej. A powtórki nie będzie. To bilet w jedną stronę, jak całe życie zresztą. Ale ze mnie domorosły filozof!

Tym razem to uczucie pojawiło się wcześniej i jest intensywniejsze. Jak powiedziała moja bliska koleżanka, gdy się ma drugie dziecko i nie planuje się więcej, pojawia się pragnienie, aby ponapawać się jego maleńkością, jego zapachem i całą jego słodyczą do dna. Bo z tyłu głowy jest świadomość, że to ostatni raz.

Moje dwa łobuziaki dają czadu, nie da się ukryć. A ja, jak pisałam, jestem z natury niecierpliwa. Jednak bywa, że – gdy akurat chwilowo nie wychodzę z siebie – myślę sobie, że oni są jeszcze tacy mali, całkowicie zapatrzeni w nas, rodzicieli, bezkrytycznie zachwyceni nami i kochający nas w taki czysty, niewinny, nieskażony jeszcze sposób. Że to tak szybko minie i nie wróci…

W chwilach (krótkich, ale intensywnych), gdy nie zalewa mnie fala złości i frustracji, a totalny zachwyt nad tymi nośnikami moich genów, myślę sobie, że chciałabym, aby istniało urządzenie. Takie, które odtworzyłoby te chwile. Jak sceny z filmu, ale takiego, w który moglibyśmy wskoczyć. I jeszcze raz to przeżyć.

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Mam na imię Kasia. Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Ania napisał(a):

    Kasiu, dokładnie wiem jak Ci jest. Miałam podobnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *