Ty też?

straszenie przyszłych rodziców rząd ludzi

 

Zaczęło się, jeszcze zanim zdecydowałam się zostać mamą.

Scena nr 1
Jadę rano do pracy komunikacją miejską. Spotykam pewnego znajomego, młodego tatę. Nazwijmy go Markiem. Dziecko Marka miało wówczas chyba około roczku, może trochę ponad. Jedziemy i gawędzimy. Jego żona (nazwijmy ją Olą), miała mieć wkrótce urodziny, i to okrągłe. Pytam więc Marka, jak zamierzają uczcić okrągły jubileusz Oli. W odpowiedzi widzę nieprzyjemny grymas na jego twarzy. Potem słyszę prychnięcie i wreszcie tekst, który mam zapamiętać na długo:

 

„Jakie urodziny? Nic nie będziemy robić, mamy przecież małe dziecko”.

 

Acha. Nie spodziewałam się, że urządzą imprezę na sto osób czy polecą do Las Vegas. Sądziłam natomiast, że mogliby na przykład zostawić potomka z babcią (a takową mieli do dyspozycji) i wyjść na wspólną kolację, do kina lub teatru. Po takim tekście, wypowiedzianym tonem nie pozostawiającym miejsca na dyskusję, nie ośmielam się jednak tego zasugerować. Ani zapytać dlaczego to, że mają dziecko, oznacza, że nie mogą mieć w życiu chwili przyjemności, wytchnienia, relaksu. Nawet przy okazji okrągłych urodzin jednego z nich. Może boję się usłyszeć dalsze szczegóły, bo podskórnie czuję, że może mnie to w przedbiegach zniechęcić się do zostania rodzicem. Właściwie to czuję się już wystarczająco zniechęcona. Nic nie mówię na głos, ale myślę sobie, że albo oni mają jakieś chore podejście, albo rodzicielstwo rzeczywiście oznacza koniec przyjemności i pasmo udręk.

Gdy myślę o tym z perspektywy mamy 4-latka i 11-miesięczniaka, widzę, że może nie miałam wtedy wystarczającej wyobraźni lub empatii. Nie pomyślałam – choć dziś to dla mnie oczywiste – że powodem mogło być po prostu zmęczenie. Może maluch tak dawał im w kość, że nie mieli siły ani ochoty na eskapady, a największą przyjemnością byłaby dla nich możliwość przespania całej nocy, a nie szlajanie się po kinach czy knajpach? Tylko że wtedy ta wiedza wcale nie była mi potrzebna, a wręcz zbędna…

 

Mimo wszystko odważyłam się dołączyć do grona rodziców. Miał na to wpływ przykład kogoś innego, o radykalnie innym podejściu. Nie jestem przekonana, czy wystarczyłoby mi odwagi, gdybym słyszała tylko takie „budujące” przekazy. Kto i w jaki sposób wpłynął na złagodzenie wizji rodzicielstwa? Napiszę o tym w dalszej części tekstu.

Gdy spodziewałam się swojego pierwszego dziecka, okazało się, że podobne komunikaty były tylko skromnym preludium, do tego, co usłyszałam, będąc w pierwszej ciąży.

 

Scena nr 2
Miejsce mojej pracy. Jestem w czwartym miesiącu ciąży, brzuszek jest już widoczny. Zmierzam długim korytarzem do kantyny pracowniczej, apetyt i humor mi dopisują. Na końcu korytarza wyrasta koleżanka z innego działu, nazwijmy ją Kingą. Jest młodą mamą, ma dwuletnią córkę. Kinga patrzy na mnie i widzę po jej zmienionym wyrazie twarzy, że odnotowała fakt mojej ciąży. Gdy zbliżamy się do siebie, uśmiecha się i gratuluje. Mówi też, że świetnie wyglądam, że wcale nie utyłam poza brzuchem. Cieszę się jak głupia, ale nie trwa to długo. Kinga mówi po chwili:

 

„To teraz wyśpij się, póki możesz. Moja mała ma już dwa lata, a nadal potrafi nas obudzić w nocy”.

 

Dobry humor szlag trafił. Co jak co, ale spać to ja lubię. Niby wiem, że dzieci budzą się w nocy, ale mam nadzieję, że z moim będzie inaczej. Albo że przynajmniej te nocne pobudki potrwają tylko kilka, góra kilkanaście tygodni, a nie 2 lata. Nie chcę i nie potrzebuję, żeby ktoś mi tę nadzieję odbierał. Nie teraz.
Scena numer 3
Jestem już w dość zaawansowanej ciąży, chyba w siódmym miesiącu. Trwa impreza urodzinowa córki znajomych. Rozmawiam z jej rodzicami, powiedzmy: Agnieszką i Piotrkiem. Rozmowa schodzi na tematy związane z remontem niedawno kupionego przez nas mieszkania. Opowiadam o ogródku pod blokiem, mówię, że to może być fajna sprawa taki kawałek zieleni, tylko zastanawiam się, czy będę miała czas i chęć o niego dbać. Na to Agnieszka robi ironiczną minę, a Piotrek mówi:

 

„Jeśli dziecko będzie energiczne, to na pewno nie będziesz miała czasu na takie rzeczy”.

 

Yyyyy, zastanawiałam raczej, czy to JA będę miała zapał i ochotę dbać o ogródek. Jak to, dziecko ma sprawić, że nie będę mogła SAMA decydować o tym, co zrobię? O nie, nie dam się takiemu terrorowi! Poczułam mega wkurzenie. Aż mowę mi odebrało, wydusiłam więc z siebie tylko coś w rodzaju: „No bez przesady!”. Chyba byłam czerwona ze złości na twarzy, bo moi rozmówcy zamilkli, zaskoczeni przesadną reakcją ciężarnej.

 

Zgadnijcie, w jakim stanie jest dziś nasz przydomowy ogródek… Tylko wiecie co? To jest dla mnie na dzień dzisiejszy najmniejszy problem. Jednak wtedy widziałam to inaczej, a takie słowa brzmiały dla mnie niemal jak wyrok. Dziś mnie to śmieszy, choć wtedy śmiech był ostatnią z rzeczy, na jaką miałam chęć, słysząc podobne teksty.

Czy wszyscy mnie tylko straszyli i dołowali? Oczywiście, że nie. Usłyszałam też mnóstwo ciepłych, krzepiących słów. Tylko jesteśmy tak parszywie skonstruowani, że bardziej zapamiętujemy to, co wywołuje w nas negatywne emocje. Jednak nie słowa, a czyny, pewnej koleżanki pomogły mi uwierzyć, że może jednak zostanie rodzicem nie oznacza definitywnego końca radości, przyjemności i rozrywki, a nawet możliwości decydowania o tym, co będziemy robić.

Koleżankę tę, powiedzmy: Izę, poznałam młodą mężatką będąc. Jeszcze bezdzietną i jakoś niekwapiącą się do zmiany tego stanu rzeczy, choć zbliżałam się powoli do trzydziestych urodzin. Iza miała małe dziecko, kilkumiesięczne! Maluch nie przeszkadzał jej realizować się zawodowo, założyć własnej firmy, rozwijać pasji, zapraszać znajomych czy wpadać do nich, nawet na nocne posiadówki – w towarzystwie dziecka, które w pewnym momencie po prostu szło spać. I nie mówcie, że to patologia, bo dziecku niczego nie brakowało. Był brzdącem radosnym i otwartym na ludzi. Iza mówiła o nim, że jest bezproblemowy. Choć nie byłam wtedy wielbicielką dzieci – tak, tak, przyznaję się bez bicia, że bardziej rozczulały mnie wówczas kotki – lubiłam brać go na kolana. Aż po raz pierwszy pomyślałam na poważnie, że gdyby moje dziecko było takie jak on, to mogę zachodzić w ciążę choćby dziś.

 

Marku, Kingo, Piotrku. Niezależnie od tego, czy kiedyś to przeczytacie i czy rozpoznacie się pod zmienionymi imionami (a nie sądzę, żeby tak było, bo przypuszczam, że dla Was były to nic nieznaczące słowa, rzucone i zapomniane po chwili – zupełnie inaczej niż dla mnie): nie mam do Was żalu. Wierzę, że nie byliście świadomi wpływu, który na mnie, potencjalną i przyszłą, Wasze słowa wywierały. Że nie chcieliście z premedytacją zniechęcić mnie do macierzyństwa czy przyczynić się do pogorszenia mojego nastawienia do niego.

A Ty? Zdarzyło Ci się straszyć przyszłą mamę (lub tatę)? Ja też nie jestem bez winy, więc nie rzucam kamieniem… Ale za to gryzę się w język, który czasem mnie zaświerzbi. Sama się zastanawiam: w jakim celu właściwie?

Dlaczego i po co obecni rodzice z takim upodobaniem roztaczają przed tymi przyszłymi ponurą wizję tego, co ich czeka?

Napiszcie w komentarzach lub pod linkiem na FB Wasze teorie na temat powodów straszenia przyszłych rodziców – a ja zrobię z tego wpis!

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. rodzinka 2+3 napisał(a):

    dzieci wcale nas nie muszą ograniczać jeśli mamy wsparcei partnera

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *