Dokąd pójść, gdy chce się wyć?

Nie będę ściemniać, ostatnio jest mi jakoś ciężko… Taki tam kryzysik przemęczonej mamuśki dwóch małych chłopców, która usiłuje wyszarpać trochę czasu i energii na tzw. samorealizację. Jednak nie zawsze się udaje. Właściwie to w ostatnich dniach nie udaje się wcale. Do tego to fizyczne zmęczenie. I ogólnie jakoś ciężko na serduchu. Chwilami albo mam wrażenie, że zaraz zaryję twarzą w glebę, albo mam silną potrzebę udać się do wyjni. Koncepcja „wyjni” nie jest moja. Przeczytałam o niej kiedyś w jakimś artykule i mega mi się spodobała. Nie miałam wtedy jeszcze dzieci. Odkąd je mam, idea jest mi jeszcze bliższa.

Wyjnia, jak sama nazwa wskazuje, to miejsce, do którego można się udać, aby wyć. Wrzeszczeć, tupać, skakać, kląć. Wywalić z siebie całą nagromadzoną bezsilną złość. Czyli to, na co mają przyzwolenie (jako takie) nasze dzieci.

A my, dorośli, co mamy zrobić? Gdy czuję, że zaraz eksploduję, a co najmniej powiem kilka słów za dużo bądź wyrządzę trwałe szkody na ciele lub mieniu, po prostu na chwilę zostawiam S z dziećmi (jeśli mam akurat to szczęście, że ten jest w domu, oczywiście…) i robię kilka szybkich okrążeń po osiedlu. Czasem po drodze kopnę kamień. Gdybym jednak wrzeszczała, tupała i waliła kamulcami o drzewo na forum publicum to hmmm… Aż taką nonkonformistką nie jestem.

Jaka szkoda, że wyjnia dla dorosłych nie istnieje! Jeśli ktoś mieszka na odludziu, może sobie pójść powyć na pole, nad rzekę lub do lasu. W dużym domu też można zorganizować sobie taką indoorową wyjenkę.

A co ma zrobić człowiek miasta, żyjący w bloku, na 46 metrach kwadratowych? Można oczywiście powyć w swoim „M”, ryzykując co najmniej nieco dziwne spojrzenia sąsiadów, a w najgorszym wypadku telefon na niebieską linię wykonany przez dzielnego sąsiada, który zgodnie z kampaniami społecznymi, reaguje na przemoc domową. Co tam, najwyżej otworzę drzwi, do których zadzwoni policja i powiem, że u nas wszystko OK, tylko potrzebowałam sobie powyć? Jaaasneee.

A co z dziećmi? Wiem, wiem, warto im pokazywać, że każdy ma przyzwolenie na odczuwanie i okazywanie wszystkich emocji, także tych negatywnych. Jednak trochę mi byłoby wstyd przed nimi, gdyby zobaczyłyby mamusię w takim totalnym szale. I obawiam się, że mogłyby się przestraszyć.

Dlatego wnoszę o utworzenie miejskich wyjni. Niech powstaną w każdym mieście i na każdym osiedlu! Dołączycie się do tej inicjatywy? Pomyślmy wspólnie – jak je zorganizować i wyposażyć, aby nam jak najlepiej służyły! 😉

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *