Jaki jest wpływ żłobka na dziecko? Część I

wpływ żłobka na dziecko dziewczynka w piaskownicy

 

Dziś zastanawiam się: jaki jest wpływ żłobka na dziecko? Jakie są plusy i minusy posłania malucha do placówki?

Zacznę od zwierzenia się wam: kwestia ta właśnie żywo dotyka mnie samą i mojego młodszego synka. Właśnie zaprowadziłam go do żłobka. Na całe 1,5 godziny. Maluch do żłoba, a matka hyc, do komputera, co?

A tak na poważnie: Ignaś jest w trakcie adaptacji. Ciężko idzie. Łapie infekcje, więc mamy przerwy, po których znów jest wielki płacz. Dziś też oczywiście nie obeszło się bez ryku i buntu, tym bardziej, że była przerwa.

Czy serce mi pęka? Szczerze? Myślałam, że będzie ze mną gorzej. Najciężej było, gdy po raz pierwszy zniknął za drzwiami żłobkowej sali na rękach opiekunki. Wtedy się poryczałam. Teraz jestem dużo spokojniejsza. Dlaczego? Ponieważ zdążyłam poznać się na paniach z grupy Ignasia. I jestem w małym szoku. Pozytywnym! A to nie jest pierwszy żłobek, z którym mam do czynienia. Z Jasiem przerobiliśmy dwa. I dwa przedszkola.

Jednak napiszę z ręką na sercu, że nie wiem, jak to będzie dalej z Igim w żłobku. To typ wrażliwca i przylepki. Na razie spokojnie czekamy, aż poczuje się tam bezpieczniej. Dlatego chodzi tylko na 1,5 godziny.

Czy przed tobą też takie dylematy i przeżycia? To może zrobi ci się choć trochę lżej, gdy podzielę się z tobą swoimi przemyśleniami i doświadczeniem. To jadę.

 

Minus 1: Wpływ rozłąki z rodzicami

Żłobki w naszym pięknym kraju nad Wisłą wciąż budzą kontrowersje. Panuje przekonanie, że posłanie rocznego czy nawet 2-letniego maluszka do placówki to wyrządzenie mu krzywdy. Uważa się bowiem, że do 3. roku życia maluch powinien przebywać w bezpiecznych, znanych warunkach domowych. Najlepiej z mamą, a jeśli to niemożliwe, to ewentualnie z babcią lub czułą nianią. A teraz będzie studium (własnego) przypadku 😉

Tu muszę się więc przyznać: i ja tak myślałam! Zanim zostałam po raz pierwszy mamą, trochę krzywo patrzyłam na znajomych rodzicieli, którzy umieszczali swoje dzieci w żłobku. I choć przesadziłabym, pisząc, że uważałam ich za wyrodnych rodziców, to określenie pobrzmiewało w mojej głowie. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. W każdym razie, uważałam, że kto jak kto, ale ja, gdy kiedyś zostanę mamą, to dziecka do żłobka nie dam.

Potem zaszłam w ciążę. Wiedziałam, że po macierzyńskim będę musiała wrócić do pracy. Urlop macierzyński trwał wówczas tylko pół roku. Wydawało mi się więc oczywiste, że dla takiego maluszka jedynym rozwiązaniem będzie niania. Choć nie zastanawiałam się wtedy jeszcze, jak wygospodarować kwotę na pensję dla opiekunki w domowym, już ledwo dopinającym się, budżecie. Nie zdążyłam się jednak tym na serio zająć, bo gdy Jaś miał 5 miesięcy okazało się, że podarowano nam kolejne pół roku! Tak, tak, Jaś urodził się w styczniu 2013 r., byłam więc sławetną „matką z pierwszego kwartału”.

Zaraz po narodzinach Jasia, zapisałam go do żłobka państwowego, czy raczej ustawiłam się w dłuuuuuugiej kolejce do niego, bez większych szans i nadziei na dostanie się. Zrobiłam to na tak zwany wszelki wypadek.

Przez tych kolejnych 6 miesięcy urlopu rodzicielskiego zaczęłam inaczej myśleć o instytucji żłobka. Uświadomiłam sobie, że na nianię zwyczajnie nie mamy pieniędzy, a tłumu sponsorów na horyzoncie też nie było widać. Roczniak poza tym to nie niemowlę, więc posłanie go do placówki nie wydawało mi się już tak drastyczne. Tym bardziej, że zwiedziłam kilka z nich i nie ukazały mi się jako miejsce rozpaczy i kaźni przebywających tam, radosnych maluchów. Wreszcie, nie udało mi się znaleźć niani, którą wypróbował ktoś znajomy, a zostawienie malca z kimś z ulicy budziło we mnie większy lęk niż zostawienie w żłobku, gdzie jest jednak jakaś kontrola nad personelem. Na moje spojrzenie wpłynęły również rozmowy ze znajomymi (wcale nie wyrodnymi, a wręcz przeciwnie) rodzicami, którzy mieli dzieci w żłobku lub zamierzali je tam umieścić.

Stanęło więc na żłobku. Do państwowego początkowo się nie dopchaliśmy, ale i tak mieliśmy mega farta: tuż przed końcem mojego urlopu rodzicielskiego pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się o otwierającym się lada chwila żłobku prywatnym, w którym realizowany był program unijny, dzięki któremu przez pierwszy rok płaciło się tylko za posiłki. Dostaliśmy się. I to był początek naszej żłobkowej przygody.

Gdy wszystko już było załatwione i zbliżał się pierwszy dzień pierworodnego w żłobku, wróciły moje wątpliwości. Zaczęłam się martwić, czy posłanie Jasia do placówki nie wpłynie negatywnie na jego rozwój emocjonalny. Postanowiłam więc… zasięgnąć porady psychologa.

Tak się złożyło, że miałam w swoim otoczeniu znajomą, bardzo dobrą panią psycholog. Spodziewałam się, że mnie zlinczuje, gdy powiem jej, że posyłam dziecko do żłobka. Ku mojemu zaskoczeniu, nie oceniła negatywnie, ani mnie jako matki, ani samej idei. Powiedziała, że nie ma jednoznacznej odpowiedzi, jaki jest wpływ żłobka na dziecko i czy jest on dobry, czy zły. Że dużo zależy od sytuacji, w jakiej są rodzice. I że każda opcja niesie za sobą blaski i cienie.

 

Minus 2: Choroby

Do tych drugich należy kwestia, które równie mocno niepokoi rodziców: narażenie dziecka na kontakt z groźnymi wirusami i bakteriami. Wiadomo, każde zbiorowisko dzieci to ich wylęgarnia. Nie ma co się łudzić, z pewnością infekcje będą. Zwłaszcza na początku. Prawie zawsze pierwszy tydzień żłobkowej adaptacji kończy infekcja.

Tak stało się również w przypadku obydwu naszych chłopaków. Na szczęście nie było to nic poważnego. Co do Jasia, poszczęściło nam się. Owszem, w pierwszym roku swojej żłobkowej kariery kilka razy był chory. Ale nie było dramatu. Widziałam natomiast przypadki dzieci, które przez cały okres żłobkowania łapały infekcję za infekcją. Nie sposób orzec, jak będzie z twoim dzieckiem. Tym bardziej, że na odporność malucha wpływa przecież wiele czynników, nie samo chodzenie do żłobka (wrodzone predyspozycje, sposób żywienia, przegrzewanie lub jego brak, itepe, itede). Jedno jest (prawie) pewne: w przedszkolu będzie już z górki.

Uważam, że przed posłaniem malca do żłobka warto wykonać dodatkowe szczepienia: przeciwko czemu się da. Zwłaszcza przeciw pneumo- i meningokokom. Znam przypadek dziecka, które zachorowało na zapalenie opon mózgowych i sepsę w wyniku zakażenia meningokokami. Jak się można domyślić, chodziło do żłobka i nie było zaszczepione. Dziecko było na krawędzi życia i śmierci. Szczęśliwie przeżyło. Po tym doświadczeniu jego rodzice zaszczepili go na wszystko, na co się dało. Wprawdzie szczepienie nie chroni przed wszystkimi szczepami pneumo- i meningokoków, jednak daje świadomość, że zrobiliśmy co się dało, aby uchronić nasze dziecko. Przypominam też, że dla dzieci uczęszczających do żłobka niektóre ze szczepień są darmowe (na pewno przeciwko ospie wietrznej), trzeba tylko przedstawić w przychodni odpowiednie zaświadczenie z placówki.

To teraz czas, aby rzucić trochę jasnego światła na kwestię żłobkowania.

 

Plus 1: Samodzielność

Jaś już w wieku 1,5 roku samodzielnie jadł (to co się dało zjeść bez użycia łyżki zajadał samodzielnie, gdy miał rok), odnosił za sobą talerze, sprzątał swoje zabawki po skończonej zabawie. Szybko nauczył się również samodzielnego ubierania się i zakładania butów zapinanych na rzepy. Budziło to zaskoczenie, a nierzadko wręcz konsternację, rodziców i dziadków dzieci nieżłobkowych.

Oczywiście, ważne też, co się dzieje w domu. Mieliśmy jednak ułatwione zadanie: przedłużyć i kontynuować to, czego dziecko nauczyło się w żłobku. Nie sądzę, abyśmy sami tego dokonali. Trochę z niewiedzy, że tak można, trochę z wygody i lenistwa, wreszcie z konieczności radzenia sobie z codziennością.

 

Plus 2: Regulacja rytmu spania

Niektórzy znajomi rodzice, których dzieci przebywały z nianią lub babcią, skarżyli się na późne zasypianie potomków i przez to brak możliwości odpoczynku po ciężkim dniu pracy. My z Jasiem w żłobku nie mieliśmy tego problemu – o 19.30 był już w objęciach Morfeusza. Konieczność wczesnego wstawania oraz żłobkowe szaleństwa dawały nam gwarancję, że pociecha padnie zaraz po dobranocce. Również ustalony czas drzemki w ciągu dnia pomagał nam w planowaniu dnia w weekendy. Ponadto, co tu dużo mówić, dzięki temu, że dziecko było przyzwyczajone do spania w dzień, mieliśmy upragnioną chwilę dla siebie.

 

Badania naukowe na temat wpływu żłobka na dziecko

Kiedy gorączkowo zastanawiałam się, czy na pewno nie skrzywdzę pierworodnego, posyłając go do żłobka (choć w gruncie rzeczy nie miałam innego wyboru), szukałam badań na temat wpływu uczęszczania do takiej placówki na rozwój i psychikę dziecka. Niestety, nie znalazłam 4 lata temu wiarygodnych opracowań, opartych na rzetelnych badaniach.

Dziś już są: przeprowadzili je naukowcy z uniwersytetów w Oxfordzie, Londynie, Stanforda i Harvarda. I co się okazuje? Na podstawie wyników tych badań stwierdzono, że dzieci które uczęszczały do żłobka, szybciej rozwijały się intelektualnie i społecznie. Lepiej od rówieśników, które do takiej placówki nie uczęszczały, radziły sobie w przedszkolu i szkole: wyższe były ich kompetencje społeczne, emocjononalne (!) oraz… językowe. Opisująca te badania dr Dorota Szelewa, tłumaczy, że to dzięki różnorodnym bodźcom, z którymi dziecko ma szansę się zetknąć w placówce. Żeby nie być jednostronną, muszę wspomnieć, że w badaniach tych zauważono też jeden negatywny efekt: minimalnie wyższy poziom zachowań agresywnych u byłych żłobkowiczów w porównaniu do ich nieżłobkowych rówieśników. Dotyczyło to jednak tylko dzieci do 11 roku życia, u starszych nie było już żadnej różnicy*.

Jak pisze na swoim blogu Mataja (w świetnym tekście, w którym również przytacza opinie naukowców na temat wpływu żłobka na dziecko), do wyników takich badań trzeba jednak podchodzić z pewną dozą dystansu. Jest bowiem tyle zmiennych: charakter dziecka, sytuacja w rodzinie, jakość i charakter relacji z rodzicami, poziom opieki w danej placówce i wreszcie – czas przebywania dziecka w niej – że trudno o rzetelną ocenę, które z zachowań dziecka są efektem wpływu żłobka, a które innych, pozażłobkowych kwestii.

Dlatego uważam, że jeszcze cenniejsze od wyników badań – tym bardziej, że nie dotyczyły one polskich żłobków, a podobno poziom profesjonalizmu personelu w żłobkach w Wielkiej Brytanii i USA bywa dużo niższy niż w placówkach polskich! – są rozmowy z rodzicami, których dziecko chodziło do żłobka.

Założę się, że takich znasz. Jestem zresztą jednym z nich. Jaś chodził do żłobka od 1. do 3. roku życia. 7 miesięcy do placówki prywatnej, 2 lata do żłobka państwowego. Jaki jest dziś, w wieku 4 lat i 9 miesięcy?

Napiszę krótko: jest najnormalniejszym pod słońcem dzieciakiem. W grupie rówieśników wyróżnia się inteligencją, dobrze rozwiniętą mową, otwartością i śmiałością (czasem to wręcz problematyczne, gdy zagaduje ludzi w sklepie czy na ulicy). Przejawia też dużą inteligencję emocjonalną, jest bardzo pogodny, a ponadto ma… dużą siłę przebicia. Mówi głośno, zwraca na siebie uwagę, co bywa męczące, ale przynajmniej wiem, że będzie potrafił upomnieć się o swoje w życiu.

Ma również, jak każdy, swoje za uszami. Na przykład – co by się zgadzało z wynikami przytaczanych badań –  poziom agresji przejawianej w przedszkolu (w domu nie ma z tym większego problemu) jest u niego spory. Choć ostatnio, również dzięki podejściu nauczycielek w nowym przedszkolu, jest lepiej. Jednak wielu kolegów i koleżanek Jasia ze żłobka miało łagodne usposobienie – myślę więc, że to kwestia głównie jego temperamentu i poziomu testosteronu, a nie wpływu żłobka. Co tu ukrywać, rodziców ma też raczej cholerycznych…

Zdaję więc sobie sprawę, że na to, jaki jest mój starszy syn, wpływ miał szereg czynników, a nie wyłącznie chodzenie do żłobka. Wiem również, że dziecku takiemu jak on: bardzo energicznemu, towarzyskiemu i ciekawemu świata, niezwykle trudno byłoby mi lub niani zapewnić odpowiednią ilość potrzebnych mu bodźców w warunkach domowych.

 

Czy wpływ żłobka na dziecko jest więc dobry czy zły? Podałam na razie tylko po 2 plusy i minusy żłobkowania. Jest ich więcej. Reszta w drugiej części wpisu: Co ja zrobiłam, oddałam dziecko do żłobka! Czyli co lepsze: żłobek czy niania? W niej przeczytacie też, jak wygląda dalszy ciąg adaptacji Ignasia w żłobku.

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

 

* linki do artykułów, w których podawane są wyniki badań:

 

Zdjęcie: Alexander Dummer, serwis Unsplash.

 

 

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Pau Elegancka napisał(a):

    Nie mam doświadczeń z żłobkiem, bo starszy syn poszedł dopiero do przedszkola, i z młodszym planuję zrobić tak samo.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *