Jesteś lub zamierzasz zostać rodzicem? Wiele stracisz, wiele zyskasz. Część II

plusy i minusy rodzicielstwa huśtawka

 

Pamiętacie piosenkę „Rozmowa przez ocean”? Maryla Rodowicz śpiewa w niej:
„Ty masz pewnie więcej spokoju, ja mam dzieci…” Jest też ludowe porzekadło: „Kto ma pszczoły ten ma miód, kto ma dzieci, ten ma…”.

Nieraz stwierdzam, że dzieci nie są dla kogoś, kto ceni sobie spokój, ciszę i porządek. A tak się składa, że ja do tej grupy należę (S też, tylko skreślić nr 3). A tu dwójka na pokładzie. Dwóch energicznych, rozbrykanych chłopców. Uuuuups. I co teraz?

No, teraz musimy sobie jakoś sobie radzić. Do tego oboje jesteśmy z natury niecierpliwi. Parę innych, niesprzyjających rodzicielstwu cech z pewnością mogłabym jeszcze i sobie, i S, przypisać.

Jakimi jesteśmy w związku z tym rodzicami? Czy bardzo się męczymy? Czy dzieci też na tym cierpią? Czy ciągle są u nas awantury?

Hmmm, co mam odpowiedzieć? To może zamiast zrobić to wprost, zapraszam na kolejną porcję moich spostrzeżeń – osobistego bilansu plusów i minusów rodzicielstwa. Pierwszą porcję zaś znajdziecie TU.

 

🙁

Brak możliwości (częstego) doświadczania błogiego spokoju

Co tu ukrywać: dziecko ma to do siebie, że absorbuje. Niemowlę robi to inaczej, a przedszkolak inaczej, rzecz jasna. Jedno ich łączy: skuteczność. U nas jeden i drugi załącza się zaraz po obudzeniu i nie wyłącza, dopóki nie zaśnie. Liczba decybeli hałasu wytwarzanego przez obydwu również jest duża. Zbyt duża na mój z natury wrażliwy na takie bodźce układ nerwowy.

Sposobów na przetrwanie dnia w jako takim zdrowiu psychicznym, własnym oraz reszty, mam kilka. Przedszkolaka można na chwilę wyłączyć poprzez podłączenie go do bajek. Jednak trzeba się liczyć z tym, że po odłączeniu tychże, będzie jeszcze gorzej. Traktujemy tę metodę jako rozwiązanie wyłącznie awaryjne.

Dobrze działa na nas ewakuowanie się z domu. Poza nim dzieci są zwykle bardziej znośne, a i my, rodzice, bardziej zrelaksowani. Spacerki, wycieczki, wizyty, cokolwiek. Najlepiej na świeżym powietrzu i z możliwością wybiegania się i wykrzyczenia dla starszaka.

A jak sytuacja zmusza do pozostania w domu? No cóż, choć zdarza mi się o tym zapominać (i pisząc te słowa właśnie sobie przypominam i wbijam to do głowy), to prawda jest taka, że na jednego i drugiego ancymona dobrze działa porcja wyłącznej uwagi i robienia czegoś, co obydwu stronom sprawia przyjemność. W przypadku 4-letniego Jasia są to np. gry planszowe, czytanie bajek, malowanie i inne prace plastyczne (Tylko przez perspektywę sprzątania później, nie zawsze czuję się na siłach. Rozmazana farba wszędzie w mieszkaniu to nie jest to, czego pragnę… Ale w trakcie bywa naprawdę fajnie.). 9-miesięczny Ignaś uwielbia każdą formę kontaktu, a szczególnie śpiewy z wybijaniem rytmu, tańce (na rączkach, rzecz jasna) i wszelkie pierdzioszki, łaskotki czy zwyczajne towarzyszenie mu w podłogowej zabawie. Gdy potrzeba uwagi jest zaspokojona, jest też większa szansa, że nasza dziatwa choć trochę sama się sobą zajmie.

Muszę też przyznać, że zaczynam doświadczać pozytywów bycia rodzicem dwójki: już trochę się ze sobą bawią i cieszą swoim towarzystwem. Jaś potrafi nawet (przez chwilę co prawda, bo potem mu się nudzi) dostosować poziom zabawy do malucha: toczą do siebie piłkę, oglądają książeczki (właściwie to Jaś pokazuje, a Igi ogląda i próbuje ugryźć), czy po prostu turlają się i pokrzykują (to ostatnie dla mnie do zniesienia tylko na chwilę…).

I tak minus przestał być pełnoprawnym minusem 😉

 

🙂

Pretekst do pracy nad sobą

Trochę nieoczywisty ten plus, wiem. Praca nad sobą to w końcu najcięższa z możliwych robota. Potwierdza się jednak w tym przypadku, że często im większy trud, tym bardziej się opłaca. Do rzeczy: bycie rodzicem spowodowało, że muszę codziennie mierzyć się z własnymi demonami, które mi w tym rodzicielstwie przeszkadzają. Najgorsze są chyba brak pokory i cierpliwości. Rodzicielstwo to dla mnie szkoła, w której muszę się ich uczyć. Oj, nie zawsze jestem dobrą uczennicą i bywają dni, gdy patrzę wieczorem w lustro i strzelam sobie w twarz  przyznaję sobie pałę. A dzieje się tak, gdy tzw. moje wewnętrzne dziecko tupie nogą, że nie dostało tego, czego potrzebowało. Staje się wtedy nieznośnym bachorem. Zupełnie jak moje dzieci.

 

🙁

Nowe powody do trosk

Martwienie się zaczyna się jeszcze przed wyjściem delikwenta na świat: czy na pewno będzie zdrowe? Jak ja poradzę sobie w roli mamy? Czy je pokocham? Jak się zmieni mój związek i całe moje życie?

A gdy już się pojawi na tym padole, to zaczyna się ostra jazda bez trzymanki. Dlaczego wciąż płacze? Za jakiś czas: dlaczego jeszcze nie raczkuje/nie siada/nie mówi?

Okres przedszkolny to czas wysłuchiwania skarg pań wychowawczyń, że się nie słucha, że bije kolegów i zadawania sobie pytań: Czy robię coś nie tak? Karać czy nie? Słuchać własnej intuicji, mądrych rad, jeszcze mądrzejszych porad na blogach 😉 czy poradników dotyczących wychowania?

Itepe, itede.  A im dalej w las, tym więcej drzew.

Na szczęście wszystkie te troski łagodzi fakt, że rodzicielstwo to też:

 

🙂

Nowe powody do radości

Pierwszy uśmiech, chociaż to tzw. nibyuśmiech, zwykle towarzyszący uczuciu pełnego żoładka (u Jasia często poprzedzał obfitą ulewkę, która jednak bynajmniej nie powodowała pogorszenia humoru bobasa), powoduje, że topimy się jak masełko. A co dopiero, gdy śmieje się świadomie na nasz widok!

Kiedy jeszcze nie byłam mamą, nie uwierzyłabym, gdyby ktoś powiedział mi, że będę piała z zachwytu po usłyszeniu zbitki dźwięków: „aghu, aghe, ku, bla”, gdy po raz pierwszy wydobędą się z otworu gębowego mojego niemowlaka, często wraz z niagarą ze śliny (dzięki, Karolciu, za sprzedanie mi tego określenia :p).

A w reakcji na pierwsze „mama”, mimo że prawdopodobnie nie było wypowiedziane świadomie (oczywiście uważałam inaczej!), prawie zsikałam się z radości.

Zanim nie zostałam rodzicem, nie wiedziałam też, czym jest uczucie pękania z dumy. Że takie to moje dziecię piękne, że takie mądre, że takie zdolne. I nie zmienia tego świadomość, że tylko ja (aż) tak to widzę.

Bycie mamą spowodowało u mnie, i o ile wiem, nie jestem w tym odosobniona, również skończone mazgajstwo. Wzruszanie się do łez to mój chleb powszedni. Nie zawsze wzruszenie jest dla osób postronnych adekwatne do sytuacji.

Bo można zrozumieć, że wyłam ze szczęścia jak bóbr, gdy po raz pierwszy je ujrzałam. Nie jest też czymś budzącym szczególne zaskoczenie popłakiwanie w reakcji na dziecięce zawodzenie i jęczące odklepywanie wierszyków podczas żłobkowych akademii. Ale wybuch płaczu towarzyszący podjechaniu pod przyszłe przedszkole dziecka w celu załatwienia formalności? W dodatku nie był to płacz ze szczęścia, że się dostał do przedszkola, który może byłby bardziej uzasadniony 😉

No, pamiętam jak dziś, jak się rozczuliłam, że tak ten czas leci, że ten mój synek, który jeszcze wczoraj był rozkosznym różowym bobasem, jutro stanie się dużym przedszkolakiem. Jeszcze jest dla mnie, ale coraz bardziej dla świata, aż w końcu… Ale, ale, to miał być opis radosnej strony macierzyństwa. Cóż, przekonuję się, będąc mamą, że w macierzyństwie szczęście potrafi płynnie przechodzić w ból i odwrotnie.

A kolejny ból to:

 

🙁

Wydatki

Wzniosłam się na wyżyny macierzyńskich wzruszeń, aby następnie twardo wylądować na ziemi: dziecko kosztuje. A im starsze, tym więcej. Nie każdy jest takim szczęściarzem jak my, którym dziadkowie, zachwyceni pojawieniem się długo wyczekiwanego wnuka, kupują aż taką masę ubranek, zabawek i akcesoriów.

Doceniam też, że mam jednopłciową dwójkę i Ignaś może bez krępacji korzystać ze wszystkich dobrodziejstw pozostałych po Jasiu. Jednak nawet gdy ma się dużą pomoc rodziny, nawet gdy ubranka się dostanie lub kupi używane (Swoją drogą, zaskakuje mnie fakt, że używane ciuszki dziecięce tak słabo się sprzedają – nowe są nieadekwatnie drogie, a z drugiej ręki można kupić za bezcen. Mimo to mało osób z tego korzysta.), to jednak główny ciężar codziennego utrzymania malucha spada na rodziców. Ciężar?

Hmmm, właściwie to jest dla mnie kolejne zaskoczenie: gdy pierwszy synek dopiero szykował się do wyjścia na świat, przerażała mnie perspektywa czekających nas wydatków. A tymczasem okazało się, że te pieniądze wydaje mi się lżej niż jakiekolwiek inne. Nie odczuwam też pojawienia się tych wydatków jako mega tąpnięcia dla domowego budżetu, bo koszty te narastają stopniowo. A poza tym, dochodząc  do następnego pozytywu, to mam z tego fan:

 

🙂

Przyjemność z kupowania rzeczy dla dziecka

Która z Was tego nie lubi, łapka w górę. Ja się przyznaję bez bicia: uwielbiam przeczesywać internet w poszukiwaniu prezentu urodzinowego lub nowej pościeli czy robić risercz, aby wybrać najlepszy bidon. Może tym bardziej lubię, że pozwalam sobie na to tylko czasami.

Po pierwsze, rzadko muszę, bo jak wspomniałam, mamy masę rzeczy po Jasiu, a dla Igiego też dziadkowie wciąż coś nowego dorzucają. Po drugie, staram się zasłaniać parasolem minimalizmu w reakcji na zalewający mnie ze wszystkich stron deszcz zakupowych pokus i absolutnych masthewów dla dzieci. Gdy konieczność mnie jednak „zmusza” do oglądania tych wszystkich cudeniek albo po prostu, pozwolę sobie na chwilę słabości, mam z tego mega radochę. Moje wewnętrzne dziecko (w dodatku dziecko późnego, ale jednak PRL-u) aż kwiczy z zachwytu.

 

Tych plusów i minusów mogłabym opisać jeszcze wiele. Czasem pozytyw przechodzi w negatyw i odwrotnie. Czasem jasne strony równoważą te ciemne, a czasem jedna z nich zakrywa drugą. Aby potem znów ją odsłonić. I tak w kółko. U mnie ogląd zmienia się wielokrotnie w ciągu dnia. Istna huśtawka. Aż się w głowie kręci. Czasem ze złości, czasem ze szczęścia.

Jak dobrze, że w moim doświadczeniu macierzyństwa te radosne chwile zwykle bardziej zapadają w pamięć – zupełnie odwrotnie niż w innych sferach…

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Mam na imię Kasia. Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *