Kobieta po porodzie – jakie ma potrzeby? „Rodzić po ludzku” do poprawki?

rodzić po ludzku

 

Dzisiejsze traktowanie rodzącej i kobiety po porodzie zawdzięczamy w ogromnej mierze akcji „rodzić po ludzku” oraz działalności fundacji o tej samej nazwie. Jednak czy akcja ta wniosła rzeczywiście samo dobro w sytuację kobiety po porodzie? Mając za sobą 2 porody (mniejsza o to, jaką metodą) i 2 pobyty na położnictwie, stwierdzam, że nie wszystko w tym „rodzić po ludzku” mi pasuje.

W XIX wieku kobieta w połogu była przez cały jego okres (przypominam, że jest to około 6 tygodni po porodzie) pod wielką ochroną. Jej jedynymi zadaniami były odpoczynek, sen i ewentualnie karmienie dziecka.

Uzasadnieniem była wysoka śmiertelność kobiet z powodu powikłań poporodowych, spowodowanych między innymi przez zakażenia w wyniku niedostatecznej higieny. Przeżycie połogu, tak jak i porodu, było wówczas niemałym wyzwaniem, bynajmniej nie oczywistością.

Za to był nią obowiązek opieki nad świeżo upieczoną mamą. Nie do pomyślenia było wtedy, aby kobieta krótko po porodzie gotowała, sprzątała, zajmowała się starszym dzieckiem czy nawet przewijała noworodka.

Potem, w XX wieku, gwałtowny rozwój medycyny dał rodzącej i położnicy ochronę przed tym, co ją wcześniej najczęściej zabijało. Zabito jednak coś innego. Ludzki pierwiastek  w opiece poporodowej. Skoro kobiecie, która właśnie urodziła, nie groziła już śmierć z powodu gorączki połogowej, przestano dawać jej prawo do opieki i pomocy.

No, może nie odebrano jej tego prawa całkowicie, ale nastąpił przeskok od:

  • całkowitego zwolnienia kobiety w połogu z jakichkolwiek obowiązków, traktowania jej jako osoby ciężko chorej, która powinna cały czas leżeć i której należy zapewnić pełną opiekę, do:
  • oczekiwania, że od pierwszych chwil po wydaniu w bólach potomka, będzie tą, na której spoczywa główny ciężar opieki nad nim: karmienia, przewijania, uspokajania, przebierania itp.

Owszem, uważa się, że tata dziecka lub inne bliskie osoby (w szpitalu także położne) powinny jej w tym pomagać. „Pomagać”. Czyli wspomagać w wykonywaniu JEJ obowiązków.

Zniknęło zagrożenie zakażeniem i innymi powikłaniami w trakcie porodu i połogu, ale nie zniknęło coś innego. Brak snu, utrata krwi, ból kurczącej się macicy, rozerwanego krocza bądź rozciętych powłok brzusznych.

Jaka była sytuacja kobiety po porodzie, zanim do drzwi polskich oddziałów położniczych zapukało „rodzić po ludzku”? Paradoksalnie pod tym względem trochę lepiej! Ale jak to?

Wiem z opowieści i dostępnych danych, bo nie z własnych doświadczeń, że: podczas porodu faktycznie znacznie częściej niż dziś dopuszczano się do dziś niedopuszczalnych zachowań wobec kobiety. Że nie widziano w niej człowieka, o czym świadczyło m.in. to, iż nie pytano jej o zgodę na wykonanie lewatywy, golenia krocza, nacięcia krocza, masażu szyjki macicy czy niedozwolonego dziś wyciskania dziecka z brzucha. Same okropieństwa. Podobnie jak zwracanie się do rodzącej na ty, krzyk, wyzywanie jej. O znieczuleniu można było pomarzyć, prędzej można było dostać solidnego klapsa w tyłek od położnej.

Choć muszę też napisać, iż wiem z opowieści, że choć takie historie zdarzały się znacznie częściej niż dziś, to było również wiele wspaniałych, pomocnych położnych. Standardy jednak z pewnością były niższe – zarówno traktowania rodzącej i położnicy, jak i lokalowe: obskurne, wieloosobowe sale porodowe i na położnictwie, za mało łazienek. No i gwóźdź programu – widzenia z rodziną tylko przez szpitalne okno. Oddziały położnicze i noworodkowe były zamknięte.

„Rodzić po ludzku” otworzyło je, wniosło powiew dobrych zmian, wpuściło na porodówki i położnictwo rodzinę, poprawiło standardy lokalowe itepe, itede. Wydawałaby się, że przez te otwarte drzwi weszły same dobre rzeczy. A jednak między nimi wdarło się coś jeszcze.

Wraz z zaprzestaniem praktyki przynoszenia noworodka tylko na karmienie, a zamiast tego zapewnieniem matce i dziecku kontaktu non stop, obciążono obolałą, niewyspaną, często nieogarniającą jeszcze nowej sytuacji położnicę obowiązkiem opieki nad nowonarodzonym potomkiem.

Owszem, oddziały są teraz otwarte (aż do przesady!) i bliska osoba może być ze świeżo upieczoną mamą i jej pomagać. Ale:

  • Możliwe to jest nadal tylko w ciągu dnia. „Odwiedziny” są, tak jak i na innych oddziałach, tylko do godziny 20.00! A tymczasem noworodki zwykle w ciągu dnia, podczas tych odwiedzin, rozkosznie śpią, zbierając siły na noc. W końcu niedawno wyszły z brzuchów, gdzie jak wiadomo, to właśnie noc była porą ich największej aktywności.
  • Wbrew pozorom, nie każda kobieta ma przez cały dzień do dyspozycji bliską osobę do pomocy. Starsze dzieci w domu, zapracowany mąż, który nie może sobie pozwolić na przerwę akurat w tym momencie i brak innej, dostępnej w tym czasie osoby, to wcale nie taka rzadkość. Doświadczyłam tego na własnej skórze.

A personel? Położne zwykle (choć też, jak słyszałam, nie zawsze) są miłe, chętne do pomocy. No właśnie, pomocy. Kobiet na oddziale położniczym jest kilkadziesiąt. Położnych na dyżurze dwie. I tyle samo pielęgniarek na oddziale noworodkowym.

Standardy traktowania pacjentki się poprawiły, nie zmieniła się liczba personelu. Nie uległ także zmianie stan kobiety, która właśnie urodziła. Często, tak jak ja po pierwszym porodzie, w momencie narodzin dziecka ma za sobą dwie nieprzespane noce. Zawsze też jest obolała – po porodzie naturalnym ponoć boli krocze, po cięciu boli brzuch. Po drugiej cesarce byłam przez 2 dni odurzona lekami znieczulającymi i przeciwbólowymi. Czułam się jak w jakiejś malignie.

A ja i tak miałam dobrze. Pierwszej nocy po cesarce należy się „z urzędu” możliwość przekazania dziecka na oddział noworodkowy. Kobiety po porodach naturalnych tego przywileju nie mają. Ja tę pierwszą noc byłam na sali pooperacyjnej. Drugiej nocy zabrano małego, ale niechętnie, z informacją, że należą mi się 3 godziny, żebym, cytuję, mogła się wyspać. Trafiłam jednak na wyjątkowo miły personel i zostawiono młodego „na noworodkach” na całą noc. Niestety i tak nie mogłam zasnąć.

Za to trzeciej nocy, gdy nadal czułam się mega słabo i gdy już zdecydowanie „mogłam zasnąć”, mały był ze mną i zafundował mi calusieńką noc krzyku. Pamiętam, że przyszła do mnie miła, młodziutka (z pewnością jeszcze bezdzietna) położna i zaproponowała, żebym wzięła go do łóżka. Z pewnością miała dobre intencje. Później, w domu, je zrozumiałam i nieraz z takiego rozwiązania korzystałam. Wtedy jednak, kiedy przeszywał mnie na wskroś ból rozkrojonych powłok brzusznych, gdy całe moje ciało wrzeszczało „spać” i kiedy nijak nie mogłam ułożyć się z małym na wąskim szpitalnym łóżku, bojąc się, że go zrzucę lub przygniotę, pomysł ten mnie raczej dobił.

Nad ranem przyszła druga z położnych, starsza, bardziej doświadczona. Na widok mojej zielonej facjaty i obłędu w oczach, zapytała, czy coś spałam. Usłyszawszy odpowiedź, zabrała małego, a ja spałam bite 3 godziny, przesypiając nawet obchód lekarski. Lekarze więc też wykazali się wyrozumiałością i elastycznością, za co im wszystkim winna jestem dozgonną wdzięczność.

Uważam więc, że w dawnej zasadzie przynoszenia malucha tylko „na karmienie” był pewien sens. Przynajmniej można było pospać! Drżące z oburzenia mamusie uspokajam: nie jestem za jej przywróceniem w dawnej formie. Jestem natomiast za daniem kobiecie po porodzie wyboru. I za stworzeniem warunków do wypoczynku.

Dlatego rooming-in, czyli nieprzerwany pobyt z dzieckiem na oddziale położniczym, zastąpiłabym wspólnym pobytem na życzenie, w zależności od wyboru i kondycji matki. A obowiązki położnicy ograniczyłabym do karmienia i tulenia maluszka. Całą dobę. Marzenie? A kiedyś oczywistość. „Rodzić po ludzku” do poprawki!

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

6 komentarzy

  1. Karolina napisał(a):

    Oczywiste jest to, że mama po porodzie potrzebuje odpoczynku. Jednak ja w Niemczech miałam wybór czy chcę aby dziecko było 24 h ze mną i bez wahania się na to zdecydowałam. Mimo zmęczenia nie chciałam oddawać synka, to były nasze wspólne chwile i mimo iż zmęczenie było ogromne, nie wyobrażam sobie aby przynoszono mi go tylko na karmienie. Jedyna chwila kiedy faktycznie pomoc przy dziecku by się przydała, to ta kiedy trzeba było skorzystać z łazienki ( po porodzie naturalnym) i nikogo z rodziny nie było a synek nie miał ochoty spać.

    • Kasia napisał(a):

      Świetnie, że miałaś taki wybór. Właśnie o to mi w tym tekście chodziło – aby pokazać, że należy umożliwić kobiecie odpoczynek i chwilowe wyręczenie jej w zajmowaniu się dzieckiem, jeśli tego potrzebuje. Osobiście też nie zniosłabym rozłąki z dzieckiem. Jednak czasu na sen i regenerację potrzebowałam, zwłaszcza po drugiej cesarce. Po pierwszej śmigałam, po drugiej mimo mega szczęścia i miłości, byłam w dużo gorszym stanie fizycznym i aby dobrze się zająć synkiem, musiałam odpocząć i pospać. Uważam, że żadna matka nie powinna mieć poczucia winy dlatego, że na trochę odrywa się od dziecka, aby się zregenerować.

  2. Marta napisał(a):

    Myślę, że wiele zależy od szpitala i personelu 🙂 Kiedy ja rodziłam mogłam bez problemu przekazac corke pod opieke pielegniarek, by sie zregenerowac i odespac czy chocby pojsc pod prysznic. Pielegniarki same pytaly czy chcemy by zabraly dziecko zebysmy mogly sie przespac. Fajnie, ze pytaly, nie bylysmy zostawione same sobie i naprawde mialysmy z ich strony duza pomoc. Byloby milo, gdyby sytuacja wygladala tak w kazdym szpitalu.

  3. TosiMama napisał(a):

    Ja po gg dobę byłam bez dziecka. Córkę przynoszono potem na karmienie. Na położnictwo była cały czas ze mną, nawet kiedy stwierdzono u niej zoltaczkę dostała specjalne łóżeczko i też była ze mną. Było różnie, raz lepiej, raz gorzej, ale dawałam radę się nią zająć. Położne były pomocne, więc na pewno nie jest to dla mnie trauma.

  4. Joanna napisał(a):

    Ja napiszę tak: mam za sobą trzy porody sn. Po pierwszych dwóch ze względu na różne przyczyny dzieci dostałam na salę do siebie dopiero w czwartej/piątej dobie. Do tego czasu mogłam jedynie odciągać mleko co 3h i je zanosić pielęgniarkom. Tak więc teoretycznie przez ten czas miałam super warunki wypoczywać – w nocy mogłam spać (oczywiście niewiele spałam, bo hormony robiły swoje i budziły mnie dzieci innych kobiet na sali i na całym oddziale), w dzień po prostu leżeć (czyli mi się cholernie nudziło i nie wiedziałam co ze sobą zrobić). Dopiero po trzecim porodzie było jak trzeba, czyli dostałam córkę niedługo po przejściu na noworodkowy i była ze mną 24h. I chociaż wszystko bolało mnie jak cholera (od krocza, przez wszystkie mięśnie po rękę z wenflonem którą ledwie mogłam ruszać) to i tak cieszyłam się.
    Owszem, bywa ciężko i nie każda kobieta po porodzie ma siłę stać i przewijać dziecko. I dlatego personel powinien pomagać czasem zabierając dziecko (chociaż czasem widząc jak pielęgniarki zawalone były robotą, a biedne maluszki darły się w swoich mydelniczkach szukając po prostu przytulenia się, to może jednak i tak lepiej matka by się nimi zajęła).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *