Mężczyźni gotują lepiej?

mężczyźni gotują lepiej

 

Mężczyźni gotują lepiej – takie panuje przekonanie, choć to kobiety spędzają statystycznie dużo więcej czasu w domowej kuchni. Skąd taki paradoks? I dlaczego spod męskich rąk częściej wychodzą arcydzieła sztuki kulinarnej?

Oj, już widzę te wasze miny, drogie żywicielki rodzin. Myślicie sobie pewnie z oburzeniem, że któż z was zrobi lepiej te kotlety, te gulasze, te rosoły, bo na pewno nie on, skoro szczytem jego umiejętności jest jajecznica!

Ach, ja też tak myślałam. W pierwszym okresie związku z, wtedy jeszcze bardzo przyszłym, ojcem moich synów, gdy już pożegnaliśmy studencką kuchnię (zupki chińskie i bary mleczne), to ja stałam przy garach. On był dzielnym pomagaczem: obierał, kroił, zmywał. Jednak pichcenie szybko mnie znudziło. A następnie zaczęło wywoływać coraz silniejszą irytację.

Wybawienie przyszło niespodziewanie i , jak to często bywa, trochę przez przypadek.

Tamtego dnia miałam naukę jazdy i nie zdążyłam ugotować obiadu. Zadzwoniłam więc do niego i zasugerowałam, że może spróbuje przyrządzić na obiad znajdujące się w lodówce piersi z kurczaka. „Posyp jakimiś ziołami i usmaż”, rzuciłam szybko i się rozłączyłam, bo nie miałam czasu na tłumaczenia.

Wracam do domu, a tam… cud! Mój debiutujący w kuchni facet nie tylko poradził sobie z zadaniem, lecz także zrobił to świetnie! Mięso było mocno i dobrze doprawione ziołami i czosnkiem, kruche, bo podduszone w odrobinie wody, dzięki czemu wytworzył się sos. Dziwicie się, że tak dokładnie to pamiętam? To dlatego, że danie na stałe zagościło w naszym domowym meniu pod nazwą „kurczak w ziołach”.

Tego dnia na firmamencie zabłysła gwiazda talentu kulinarnego mojego mężczyzny. A debiut był skromnym preludium do jego późniejszych popisów w kuchni.

Zostawiam jednak studium własnego przypadku i wracam do tytułowej tezy: dlaczego faceci są lepszymi kucharzami? A przynajmniej, dlaczego za takich ich się uważa, choć w większości domów kuchnie są sfeminizowane?

 

Płeć szefów kuchni

Wśród szefów kuchni prestiżowych restauracji kobiet ze świecą szukać. Dlaczego więc w domach jest dokładnie na odwrót?

Mówi się, że praca w kuchni w restauracji jest bardzo ciężka i fizycznie, i psychicznie. I ja w to wierzę. Może jednak kobiety rzadziej chcą się jej podejmować nie tylko z powodu braku sił, lecz także dlatego że mają tak dosyć gotowania dla swoich rodzin?

Zobaczcie, w domu tak ciężko namówić faceta do spróbowania swoich sił w kuchni, a jest wielu mężczyzn chętnych do robienia tego zawodowo. Inne jest więc podejście do gotowania dla rodziny, a inne do gotowania jako profesji – to pewnie kwestia prestiżu. Zdaje się, że w odniesieniu do domowego gotowania silniej działa, wciąż żywy w męskich umysłach, stereotyp kobiety przy garach i traktowania owych rondli jako zajęcia typowo kobiecego, nieprzystojącego prawdziwemu mężczyźnie.

Na szczęście, także dzięki aktualnej modzie na gotowanie, kreowanej i podsycanej przez kulinarne reality shows, w których faceci z powodzeniem występują i jako szefowie kuchni, i jako uczestnicy, stereotyp ten powoli odchodzi do lamusa. Chętnie pogoniłabym go tam szybciej, wiem jednak, że pewne procesy muszą potrwać.

Myślę, że warto delikatnie je przyspieszyć, poprzez pomoc w odkryciu swojej domowej gwiazdy kulinarnej. Jak to zrobić? Myślę, że najlepiej znasz swojego faceta i drogę do niego. Ze swojej strony przypomnę, żebyś w zamian za nakarmienie siebie, także go nakarmiła… pochwałami.

Gwiazdy, jak to gwiazdy, bywają jednak kapryśne i niekoniecznie będą chciały podjąć się codziennego trudu przygotowywania strawy dla rodziny. Bo ugotować coś od czasu do czasu to może być fan, a codziennie, to już jest obowiązek. No właśnie, doszłam tym samym do kolejnego punktu.

 

Gotowanie: obowiązek czy rozrywka?

Czyż nie jest tak, że ilość wkładanego w jakąś czynność serducha oraz uzyskiwanej z jej wykonywania frajdy jest wynikiem podejścia do tejże czynności? W przypadku gotowania facetom łatwiej traktować je jako jedną z rozrywek czy nawet pasji, bo rzadko pasjonat gotowania jest jednocześnie dawcą codziennych obiadków dla swojej gromady.

Kuchnia jako magiczne laboratorium alchemika, w którym wyczarowuje się poezję smaku? Czy raczej miejsce, do którego wchodzi się na możliwie jak najkrótszy czas, bo każdy spędzony przy patelni czy desce do krojenia wydaje się i tak zbyt długi, zbyt męczący i zbyt irytujący?

Które podejście jest tobie bliższe?

Mi niestety to drugie. Choć muszę się pochwalić: właśnie zrobiłam risotto z pozostałych w lodówce warzyw. Sprawiło mi to może nie mega radochę, ale… odrobinę przyjemności. Jak to się stało? Dziś wreszcie odstawiłam juniora do żłoba po 10 dniach tkwienia w domu z nim, jego gilem i kaszlem oraz własnym kotem, ale nie na 4 łapkach, tylko w głowie. W takiej sytuacji łatwiej mi docenić tę chwilę wytchnienia. A gdy jest czas, możliwość odprężenia się, to jest też przestrzeń na wenę nie tylko na pisanie bloga, ale i na gotowanie.

Nie ukrywam, że post ten jest też dla mnie rodzajem autoterapii. Pisząc go, uświadomiłam sobie, że większość, jeśli nie wszystko, tkwi w mojej głowie. I zmiana podejścia do gotowania też musi zacząć się właśnie tu.

A skoro czynności tej nie uniknę, to dla własnego dobra warto spojrzeć na nią innym okiem –  jednocześnie, wracając do tematu, dbając, aby kulinarny talent mojego mężczyzny mógł jak najczęściej się doskonalić 😉

Bo powiem szczerze, że w tej dziedzinie bardzo chętnie przyznaję mu palmę pierwszeństwa. Najlepiej wychodzą mi chyba zupy. Pewnie dlatego, że je uwielbiam. Między innymi za aromat gotowanej włoszczyzny – to dla mnie po prostu zapach domu. Potrafię w sumie ugotować wiele potraw, jestem mistrzynią 15-minutowych obiadów (bo po tym czasie kończy mi się w kuchni cierpliwość). Zdaje sobie jednak sprawę, że nie są to wykwintne dania. Od tych specjalistą jest Sebastian. A ja nie mam ambicji, aby z nim w tej dziedzinie rywalizować. W końcu jest facetem – biologia wyposażyła go w coś, co daje mu przewagę w kuchni.

 

Biologia

Pewnie słyszeliście, że mężczyzna ma na języku aż o 60 procent więcej kubeczków smakowych niż kobieta? 60 procent to dużo. Z biologią nie wygram 😉

Podobnie jak z męską naturą, w której leży skłonność do ryzyka i szaleństwa. Dobra, przyznaję, że jadę teraz stereotypem. Wiem, że jest też wiele kobiet obdarzonych iście ułańską fantazją. Ja jednak, choć są dziedziny, w których zaszaleć lubię, w kuchni jestem dość konserwatywna i zachowawcza.

Dlatego nieraz z przerażeniem patrzyłam, jak Sebastian wsypywał do potrawy połowę zawartości torebki z jakąś przyprawą, a z moich ust wydobywał się okrzyk: „Pogięło cię??!! Zepsułeś to!!!”.  W 99 procentach przypadków byłam w błędzie.

 

Doza szaleństwa

Z rozmów z koleżankami wiem, że takie odważne szafowanie przyprawami, podobnie jak inne przejawy kuchennego szaleństwa i ryzykanctwa (np. balansowanie na granicy przypalenia dania i zjarania gara), są typowe dla ich gotujących mężczyzn. Faceci są zwykle lepszymi kucharzami, bo w kuchni pozwalają sobie na pewną dozę szaleństwa.

Ja tego nie przeskoczę i nawet nie próbuję. Niech już zostanie tak, że ja jestem od „grzecznych” zup i kotletów, a on od dań rodem z różnych części świata, których nieraz nie powstydziłyby się restauracje z gwiazdkami Michelin. Zastanawia was, co na to nasze dzieci?

 

A co gdy są dzieci?

Roczniak jest jeszcze na tym etapie otwartości na nowe smaki, że chętnie próbuje wszystkiego, byleby to nie była kaszka. Niespełna 5-latek jest w fazie konserwatyzmu kulinarnego, choć ostatnimi czasy zaczął nawracać się na warzywa. Niedawno nawet zasmakował mu brokuł, od którego miał totalny odwrót. A to tylko dlatego, że zjadł go w zapiekance rybnej tatusia. Ja ograniczam się do ugotowania tegoż warzywa na parze, a tata takich grzechów nie popełnia. U niego wszystko musi być mocno doprawione. Cieszę się, bo wygląda na to, że podniebienie mojego starszego dziecka zaczyna powoli dojrzewać do tego, aby docenić kunszt kulinarny tatusia :p

Ponadto niech chłopak czerpie dobre wzorce. Wszak dziecko uczy się przez naśladownictwo. A tata jest dla małego chłopca najważniejszym wzorem i punktem odniesienia.

Mam nadzieję, że moje chłopaki wyrosną wolni od stereotypów, które mogłyby zniechęcić ich do gotowania. Poza tym… to w końcu mali faceci. A to mężczyźni gotują lepiej 😉

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach oraz mieć dostęp do różnych innych śmiesznych i ciekawych materiałów? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Rodzice & Dzieci napisał(a):

    Mężczyźni z pewnością gotują inaczej. Mój mąż jest kucharzem ale nie znosi robić zup. Ja natomiast kocham robić zupy i piec ciasta 🙂 Zapraszamy do siebie i do polubienia naszego Facebooka 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *