Gdy pojawia się drugie dziecko… zjawia się ktoś jeszcze

drugie dziecko rodzina w parku

 

Gdy pojawia się drugie dziecko, często zdarza się, że na świat przychodzi ktoś jeszcze. W odróżnieniu od upragnionego potomka, niewyczekany, niezaproszony i niechciany. Demon poczucia winy. To on powoduje u wrażliwego rodzica przekonanie, że wyrządza krzywdę starszemu dziecku, powołując na świat jego rodzeństwo.

W tym miejscu zaznaczę, że jeśli szukasz porad, jak okiełznać zazdrosnego starszaka, to nie ten adres. Tu najważniejszy jesteś Ty, Rodzicu. I Twoje obawy, lęki, rozterki i trudności. Przedstawiam tu punkt widzenia rodzicocentryczny.

 

Jak to się zaczyna?

U mnie zaczęło się tak: Byłam wtedy w drugiej ciąży. To był jeden z letnich poranków z 3-letnim synkiem, których punktem obowiązkowym było 5 minut tylko dla nas przed szykowaniem się do żłobka. Jaś przychodził do mojego łóżka i tych kilka minut przytulaliśmy się i rozmawialiśmy. Pewnego razu, jak zwykle wtulając nos w jego małe plecki, wraz z oddechem wciągnęłam w nozdrza smutek, który rozlał się po całym moim ciele. Mocniej przytuliłam się do Jasia, jakbym chciała dać mu jak najwięcej siebie na zapas. Poczułam, że bardzo mi go żal, bo ufnie i radośnie tuląc się do mnie, nie wie, że już niedługo nie będzie tych naszych poranków. Nie wie, że mama, powołując do życia drugie dziecko, a więc dając mu braciszka, na którego tak czeka, wyrządza mu cholerne świństwo. Demon poczucia winy tego dnia rozgościł się w moim sercu.

Stop.

Jeśli tak jak mi, zrobiło Ci się teraz bardzo smutno, wiedz, że poczucie winy, jak na demona przystało, nie przyniesie nikomu nic dobrego. Mi też nic dobrego nie przyniosło. Poza tym interpretacja rzeczywistości osoby targanej poczuciem winy nie ma nic wspólnego ze zdrowym, realnym widzeniem rzeczy.

Poczucie winy rodzica z powodu pojawienia się drugiego dziecka doprowadza nas do różnych stanów i skłania do różnych działań, których nie byłoby bez tej natrętnej bestii uczepionej do naszej nogi. A co to za stany i zachowania? Pierwszy już poznaliście: smutek.

 

Gdy robi się nam smutno…

… zatruwa to nas, a my możemy zatruć naszych bliskich. Jak widzicie, u mnie zaczęło się jeszcze, gdy czekaliśmy na nowego członka rodziny. A przecież oczekiwanie na malucha, jeśli wszystko jest obiektywnie w porządku, to niezwykły, ekscytujący, a przede wszystkim – radosny – czas. Jasne, pewne trudności i obawy są czymś naturalnym – łatwo o nie w obliczu wywrócenia dotychczasowego porządku rodzinnego (po raz drugi) do góry nogami oraz w trakcie ciążowej burzy hormonów.

Tym gorzej, jeśli tę radość oczekiwania na drugie dziecko zakłóca przygnębienie z powodu przeświadczenia o krzywdzie wyrządzanej ukochanemu jedynakowi. Który – notabene – zapewne wcale nie jest smutny, a może nawet przeciwnie: radosny i podekscytowany, tak jak wtedy mój Jaś, czekający niecierpliwie na wymarzonego brata. Powiecie, że cieszył się, bo nie wiedział, co go czeka?

Na pewno nie do końca zdawał sobie sprawę, jak my wszyscy zresztą. Bo kto tak naprawdę wie, jaka będzie przyszłość? Staraliśmy się jednak mu jak najwięcej opowiedzieć, jak to będzie, gdy dzidziuś już się urodzi, próbując zachować równowagę pomiędzy pozytywną postawą a realizmem. O szczegółach nie będę się rozwodzić, aby nie zboczyć z rodzicocentrycznej drogi.

Obawa o to, jak damy sobie radę ze starszakiem, jego zazdrością, jego potrzebą naszej uwagi, jest z pewnością naturalna, a wręcz potrzebna. Jednak już biczowanie siebie myślami o tym, jak podłą matką jestem, bo rodząc drugie dziecko, odbieram mojemu skarbowi mamusię na wyłączność – już nie. Nie przysłuży się to ani rodzicowi, ani starszakowi, ani – wreszcie – maluchowi, któremu przecież należy się radosne powitanie.

 

drugie dziecko ziewający noworodek

 

Lądowanie malucha

No dobra, a co dalej, gdy maluch już wyląduje na rodzinnym pokładzie? I gdy opadną pierwsze emocje?

Ja potrzebowałam chwili, żeby przyzwyczaić się do… wielkości mojego starszego dziecka. Pamiętam szok, gdy stęskniona zobaczyłam Jasia po raz pierwszy po urodzeniu młodego. Kilka dni pobytu na położnictwie, gdy nie widziałam starszaka, a za to byłam 24 h z larwką ludzką ważącą 2,5 kg, sprawiło, że 20-kilogramowy Jasiek wydał mi się jakimś mutantem!

Rodząc drugie dziecko, zostawiłam więc za drzwiami porodówki swoją matczyną wizję starszego synka jako słodkiego maleństwa. A do tamtego momentu wciąż nim dla mnie był, mimo że miał już 3 lata i 8 miesięcy.

Pamiętam, że wrażenie, które opisuję, spowodowało u mnie… no zgadnijcie, co. Oczywiście, mega poczucie winy. Że już nie widzę w Jasiu tego rozkosznego maluszka, bo teraz maluszkiem jest jego młodszy brat.

Przyznam, że musiałam od nowa zdefiniować w sobie moje uczucia do Jasia. Bo przed urodzeniem Ignasia kochałam go bezgranicznie jako swojego małego synka. „Boże, co teraz”, myślałam gorączkowo, patrząc na śpiącego, już nie małego, a ogromnego syna. „Co ja właściwie do niego czuję? Utraciłam tę swoją miłość” – płakałam i topiłam się w poczuciu winy. Oczywiście, kochałam go nadal tak samo mocno, ale przeżyłam pewnego rodzaju żałobę wynikającą z pożegnania dawnej relacji z Jasiem. Rzecz jasna, mocno okraszoną wyrzutami sumienia.

Po jakichś kilku tygodniach wszystko wskoczyło w nowe przegródki – z napisami „Jaś” i „Ignaś”. Wielkość Jasia już nie wzbudzała we mnie trudnych emocji, a starą relację mama-malutki synek zastąpiła nowa: mama-przedszkolak. Pogodziłam się z tym, że widzę już Jasia inaczej, a żal za tamtą wizją i poczucie winy wynikające z jej pożegnania, przestały rzucać cień na moją matczyną miłość do pierworodnego. W miejsce starego pojawiło się nowe. Wcale nie gorsze. A może nawet lepsze, dojrzalsze, zdrowsze, bardziej realistyczne.

 

drugie dziecko starszak

 

Idziemy dalej

A jak jest dziś, gdy zbliżają się pierwsze urodziny juniora, a i Jaś, jeszcze większy przedszkolak, i my, rodzice, już doskonale wiemy, czym pachnie drugie dziecko w domu? Czy demon poczucia winy nadal mnie kąsa? Ależ oczywiście, przecież takiej bestii nie da się do końca ubić. Na szczęście niedawanie jej zbyt dużej ilości mięsa sprawi, że się zmniejszy. O sposobach radzenia sobie z poczuciem winy będzie dalej. A teraz parę słów o tym, co się ze mną dzieje, gdy zapominam, że idąc za głosem tego demona, idę złą drogą…

Nie ukrywajmy, opieka nad niemowlęciem jest zajmująca: czas, energię, uwagę. Jasiek też już o tym dobrze wie. Póki był jedynakiem, potrafił sam organizować sobie zabawę i przebywanie z nim było całkiem znośne. Dziś, aby ściągnąć jak najwięcej naszej uwagi dla siebie, stał się dużo bardziej absorbujący. Ucieka się do wszelkich metod, nie zawsze akceptowalnych dla mojego wrażliwego układu nerwowego (o którym pisałam szerzej we wpisie Jesteś lub zamierzasz zostać rodzicem? Wiele stracisz, wiele zyskasz. Część II), zazwyczaj wręcz przeciwnie. O utratę cierpliwości, zwłaszcza że bywam ostatnio zmęczona fizycznie i psychicznie, nietrudno.

A gdy ją stracę… tak, tak, dobrze się domyślacie. Mam okropne poczucie winy. Że byłam dla Jasia zbyt surowa. Że mam dla niego za mało czasu i energii. Wrażliwość na potrzeby starszego jest OK, ale gdy mnie zaleje fala wyrzutów sumienia, zaczynam błądzić.

 

Co ja najlepszego wyrabiam?

Jedną z takich dróg na manowce jest rozluźnianie i przesuwanie granic. Moja konsekwencja zaczyna topnieć wraz z moim własnym poczuciem wartości jako matki. Oczywiście jest wtedy jeszcze gorzej. Jasiek tym bardziej forsuje coraz słabsze mury graniczne, a ja znowu tracę cierpliwość i od nowa polska ludowa… Przykład?  Choćby sytuacja, gdy wieczorem Jaś nie chce sprzątnąć swoich zabawek. A ma powiedziane, że dopóki ich nie sprzątnie, nie będziemy czytać bajki na dobranoc. Jednocześnie ma na to 10 minut (bo przecież niespełna 5-latek doskonale zna metody typu: będę teraz sprzątać godzinę, żeby opóźnić moment pójścia spać). 10 minut mija, Jasiek wcale nie sprząta. Gdy słyszy, że ma teraz iść do łóżka i bajki nie będzie, zaczyna ryczeć. Głośno. Do chórku dołącza się Ignacy. Ale mnie to wcale nie  śmieszy. Jestem zmęczona po całym dniu słuchania wrzasków jednego i drugiego, wrzeszczę więc jeszcze głośniej. Nie pierwszy raz tego dnia. I wtedy na arenę wkracza „to”, a ja idąc za jego głosem ustępuję… Dając tym samym Jasiowi sygnał o otwartym przejściu granicznym i zachętę do powtórki. Nie muszę dodawać, że to nie poprawia sytuacji – ani jego, ani mojej.

To, że mamy po pojawieniu się drugiego dziecka mniej czasu i sił dla pierworodnego jest realną trudnością, z którą przychodzi się nam zmierzyć. Dobrze, gdy jesteśmy wrażliwi na jego potrzeby, gdy staramy się mu zrekompensować straty. Rekompensatą jednak nie jest rezygnacja ze stawiania granic i konsekwencji. Jak widać, nie uszczęśliwi ani starszaka, ani nas.

Podobnie jak inna rzecz. Dobrze nam znana, założę się, że Wam też, niestety. Często wpadam z dzieciakami do Rossmanna, a rzadko Jasiek wychodzi z niego z pustymi rękami… Może to są drobne rzeczy, ale robią dużą biedę: uczą go roszczeniowości, utrwalają złe zachowania jak wymuszanie, jak przekupywanie i jak nagradzanie za złe postępowanie („Kupię Ci ten soczek, jeśli przestaniesz marudzić.”). Oczywiście, nie twierdzę, że nigdy nie można kupić dziecku soczku czy batonika. Ważne jednak, z jakiego powodu to robimy. Żeby nie zboczyć z przyjętego w tym tekście toru i nie zacząć skupiać się na dziecku, zamiast na rodzicu: wszystko to wywołuje w nas jeszcze gorszego kaca moralnego i sprawia, że mamy jeszcze większy kłopot ze starszym dzieckiem.

A wszystko przez tę bestyję.

 

Jak oswoić tę bestię?

No dobra, czy ja jednak nie przesadzam, malując poczucie winy jako demona, bestię, coś, co rzuca cień na rodzicielstwo, zabierając radość i skłaniając rodzica do niechcianych działań? Przecież każdy rodziciel, mający na wyposażeniu jakąś tam wrażliwość, odczuwa co i rusz poczucie winy wobec swojego dziecka. Zresztą nie tylko z powodu poświęcania większej uwagi młodszemu, ale z masy innych przyczyn, jak brak czasu z powodu pracy, jak brak energii i cierpliwości z powodu różnych swoich słabości, zmartwień itepe, itede. Śmiem twierdzić, że to naturalne, a wręcz potrzebne. Bo odzywające się w nas wyrzuty sumienia wobec dziecka są sygnałem, że coś schrzaniliśmy i trzeba to naprawić.

I tu należy się zatrzymać. Pytanie: co z tym zrobimy, gdy odezwie się w nas poczucie winy? Są 3 opcje: zignorować je, nakarmić lub… oswoić.

Opcja nr 1: to nie przejdzie, bestia jest natrętna i nie da się łatwo spławić. Opcja nr 2: karmimy poczucie winy samobiczującym się myśleniem: że jestem złym rodzicem, że krzywdzę pierworodnego przez nadmierne skupianie się na drugim dziecku kosztem pierwszego. A także nakręcaniem w sobie złych emocji i czarnowidztwem: że jest tak ciężko, a będzie jeszcze gorzej, że to podwójne rodzicielstwo takie trudne, a właściwie to po co mi było to drugie dziecko, przecież z jednym było tak dobrze… Wykarmiona bestyjka urasta w siłę i zaczyna brać nas we władanie…

Opcja nr 3: no to jak ją oswoić, aby nie zamieniała się w groźnego demona, a wręcz była naszym trudnym, bo trudnym, ale jednak sprzymierzeńcem?

Tak jak ze wszystkimi trudnymi emocjami, tak i z poczuciem winy jest tak, że najlepiej je…  zaakceptować. Pogodzić się z tym, że to uczucie jest i będzie się we mnie odzywać. Nie walczyć z nim, a zamiast tego stanąć z nim twarzą w twarz. Potraktować je jako sygnał, że trzeba coś zmienić.

Proponuję zacząć od czegoś bardzo prostego: uśmiechu. Uśmiechnij się do siebie, teraz, natychmiast. Jesteś w porządku. Błędy są od tego, żeby je naprawiać. Uśmiechnij się też do swojego starszego dziecka.

Muszę się do czegoś przyznać: złapałam się na tym, że ciągle się szczerzę do małego Ignasia, a do Jasia rzadziej. Za to często mam surowy, zacięty wyraz twarzy. Jasne, gdy coś przeskrobie, gdy trzeba mu zwrócić uwagę, wtedy taka mina jest wskazana. Gorzej jeśli przyklei się do facjaty na dobre. Do mojej się przykleiła. Odklejam. Uśmiech robi tyle dobrego – i nam, i naszemu otoczeniu. W odróżnieniu od miny umęczonej matki polki.

Poza uśmiechem, dajmy sobie prawo do kochania obojga dzieci. A gdy poczujemy przypływ wyrzutów sumienia: przytulmy starszaka. Ale z radością, żeby pokazać mu, że go kochamy, że jest dla nas ważny, a nie żeby przekazać mu komunikat, że jest biedny i skrzywdzony. Muszę się oduczyć mówienia: „biedny Jaś”!

Dobrze jest widzieć podwójne rodzicielstwo realistycznie, zarówno jego wady, jak i zalety. Jak ze wszystkim w życiu, tak i w przypadku narodzin drugiego dziecka, coś się traci, aby w zamian coś zyskać. Dotyczy to i nas, rodziców, i pierworodnego.

 

drugie dziecko starszak na barana

 

Poczujemy się lepiej, także gdy spędzimy czas ze starszakiem. Róbmy jednak wtedy to, co nam też sprawi radość. Gorzej, że nie zawsze są zasoby czasowe i energetyczne, prawda? W takiej sytuacji proponuję powiedzieć starszemu dziecku (ale powiedzieć, a nie tłumaczyć się z cierpiętniczym i skruszonym wyrazem twarzy), jak bardzo zmęczona/-y się czuję i jak bardzo chcę spędzić z nim czas i że rozumiem, że on tego bardzo potrzebuje. I że zrobię z nim to i to (np. pójdziemy zbierać liście i kasztany, a potem coś z nich razem stworzymy) jutro, gdy się wyśpię, a tata zajmie się młodszym bratem. Perspektywa wspólnej przyjemności rozraduje i nas, i dziecko. Jasne, że starszak może wówczas zacząć nas molestować, że on chce od razu. Może jednak zaspokoi go póki co fantazjowanie na temat tego, co będziemy robić? Sprawdziłam, na Jaśka zadziałało! I powiem więcej, ja też od razu poczułam się lepiej. Napięcie zelżało, a w jego miejsce pojawiła się radość, dzięki czemu łatwiej mi było uporać się z codziennym wieczornym zmęczeniem i na koniec dnia czuć się bardziej zadowolona z siebie, że dałam radę jako mama.

 

Ale czad – wciąż to czytasz! No to gwoli podsumowania: gdy odezwie się w nas poczucie winy, to… cieszmy się! Ale jak to, pytacie? Ano tak to. Jeśli odzywają się w Tobie wyrzuty sumienia wobec dziecka, to znaczy, że nie jesteś osobą pozbawioną wrażliwości i otrzymujesz szansę, aby coś w swojej rodzicielskiej postawie poprawić. Nie zepsuj tej szansy. Poczucie winy, gdy trzymamy je w ryzach – nie stanie się demonem i bestią, a małym potworkiem, który będzie nas skrobał w rękę swoją szczeciną, dając sygnał, żeby się nieco… ogarnąć.

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Pau Elegancka napisał(a):

    Znam to poczucie winy, ale widzę też ile dobrego sie stało w zyciu starszego synka jak pojawił się młodszy brat

  2. rodzinka 2+3 napisał(a):

    kurczę mam trójke dzieci nigdy nie doświadczyłam takiego uczucia… jedynie były obawy czy dam radę. Zawsze wiedziałam że mam w sobie tyle miłości tyle uczuć że każde dziecko obdaruje jednakowo miłością

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *