Gdy rodzic stawał się… szkołą. Gdzie i czego uczyły się polskie dzieci w XIX wieku? Część III

nauczanie domowe w XIX wieku książka z sercem

 

Jak już zapewne wiecie: przeczytałam sporo pamiętników kobiet żyjących w XIX wieku. Nie ulega wątpliwości: świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej niż dziś. Ale pod warstwami XIX-wiecznych strojów, pod misternie ułożonymi fryzurami kobiet i pod kapeluszami na męskich i kobiecych głowach, kryli się ludzie tacy sami jak my. Ich serca tak samo pompowały krew, w ich mózgach zachodziły takie same procesy myślowe. Od XIX wieku zmieniło się wszystko, tylko… ludzie wciąż są tacy sami.

Tak samo jak dziś, i wtedy lubiano sobie ponarzekać. A jednym z popularnych tematów owych narzekań była edukacja dzieci. Dziś narzekamy na przedszkola i szkoły, wtedy narzekano głównie na nauczycieli domowych, gdyż ta forma nauczania było najczęściej spotykana.

O kłopotach z guwernantkami pisałam w drugiej części tego minicyklu o edukacji w XIX wieku. W tej zaś opowiem Wam, co się działo, gdy rodzice rezygnowali z zatrudniania guwernerów i guwernantek, a zamiast tego albo posyłali pociechę do szkoły, albo… zakasywali rękawy i sami zabierali się za nauczanie swych malców w domowym zaciszu.

Co skłaniało owych rodzicieli do decyzji o samodzielnym kształceniu swoich dzieci? Po pierwsze, wspomniany brak zaufania do guwernerów i guwernantek, po drugie, chęć samodzielnego decydowania o edukacji i wychowaniu swoich dzieci, po trzecie wreszcie – brak zasobów czasowych lub energetycznych potrzebnych, aby przeprowadzić solidny „research”, a następnie „casting” na guwernantkę.

Zaznaczę, że pozostajemy w kręgu wyższych sfer – arystokracji, bogatej szlachty i zamożnego mieszczaństwa. Nie dlatego, że temat edukacji dzieci chłopów i rzemieślników jest mniej ważny czy ciekawy. Po prostu, aby mieć wiedzę z pierwszej ręki i pokazać Wam, jak to wyglądało „od środka”, posiłkuję się informacjami z pamiętników. A w XIX wieku tylko przedstawiciele wyższych warstw społecznych spisywali swoje wspomnienia.

Poziom, zakres i charakter takiej edukacji prowadzonej w domu przez rodziców były różne, w zależności od podejścia oraz powodów rezygnacji z zatrudnienia nauczycieli domowych lub posłania dziecka do szkoły.

 

nauczanie domowe w XIX wieku dziecko i mama

 

Nauczanie w domu według autorskiego programu rodziców

Rodzice Jadwigi Łuszczewskiej, poetki, pisarki i improwizatorki o pseudonimie literackim „Deotyma” (autorki m.in. Panienki z okienka), postanowili zostać nauczycielami swoich dwóch córek. Tak Jadwiga pisze o powodach decyzji swych dzielnych rodzicieli:

Matka moja (…) postawiła sobie za cel życia i najusilniejszych dążeń, ażeby wychowanie swoich córek doprowadzić do wymarzonego ideału. W tej myśli kształciła się sama nieustannie, czytała wszystko, co najlepszego w tym przedmiocie napisano, a z własnych rozmyślań doszła do wielu zasad zupełnie samodzielnych. I tak, nigdy przenigdy nie miałyśmy guwernantki, nie tylko cudzoziemki (o tej bowiem w naszym arcypolskim domu nie mogło być mowy), ale nawet i Polki. Matka nie chciała nas powierzać żadnemu obcemu wpływowi, chciała mieć nas ciągle pod swoim głęboko obmyślanym kierunkiem. Z planu wychowania wykluczyła wszelkie obce języki, bo, według niej, czcza ta nauka zużywa na próżno siły umysłu i pamięci. (…)  Musiała wprawdzie uczynić ustępstwo dla języka francuskiego, bez którego w dzisiejszym społeczeństwie nie można się obejść, ale uczyniła je niechętnie (…). (1)

Trzeba przyznać, że rodzice Deotymy przygotowali się do swojej roli bardzo solidnie:

Rodzice nasi, urządzając rozkład lekcji, lwią ich część wzięli na własne barki. Ojciec uczył nas historii powszechnej, geografii, arytmetyki, a najobszerniej dziejów ojczystych, które pod promieniami jego serca i myśli rozpłaniały się jakimś kościuszowskim ciepłem. Matka przechodziła z nami cały kurs religii, a potem czytywała nam dzieła różnych myślicieli i poetów, to do nich dodając własne, przecudne komentarze, to nas wyciągając na samodzielne spostrzeżenia. (…) trzeba zaprawdę podziwiać wytrwałość, z jaką przez lat kilkanaście co dzień znajdowali dla nas wolne godziny i nieznużony umysł, choć nieraz widziałam, ach mój Boże, jak to ciężko im przychodziło. Na domiar trudności, musieli dwukrotnie tę pracę podejmować, bo moja siostra była o pięć lat ode mnie starsza; (…)  (2)

 

nauczanie domowe w XIX wieku recytacja

 

Nie wiem jak Wy, ale ja byłam w lekkim szoku, że takie podejście i taka świadomość możliwe były blisko 200 lat temu:

Była też [matka] przeciwną długim ćwiczeniom pamięciowym; według jej zdania i pamięć ma swoje granice; kto chce ją zachować w zupełnej świeżości, nie powinien jej przedwcześnie nadużywać. (3)

Zdziwieni? To czytajcie dalej:

W pracach umysłowych rozwijała przede wszystkim t w ó r c z o ś ć. Toteż przy odrabianiu zadań i wypracowań nie było nam wolno ani radzić się starszych, ani żądać niczyjej pomocy. Wszystko się musiało robić z własnej głowy, własnym wysileniem. System to, z początku dla dziecka ciężki, ale wyborny, jedyny, który wyrabia samodzielność myśli. (4)

A poniżej opisane postępowanie to już – jak dla mnie – o jeden krok za daleko. Nie chciałabym robić ze swych dzieci małych dorosłych i choć ze stwierdzeniem o dużej ofierze w pełni się zgadzam, to z tym, że pozbawienie dziecka kontaktów z rówieśnikami jest dla niego korzystne – już nie. Choć muszę przyznać, że argumentacja jest piękna:

Bawiłyśmy się zwykle we dwie, na[j]więcej czasu spędzałyśmy z rodzicami. Była to wielka z ich strony ofiara, bo to rzecz niezabawna mieć wciąż dzieci przy sobie i wciąż zniżać się do ich poziomu, ale dla nas wynikała stąd nieobliczona korzyść; trudno sobie wystawić, jak dziecko szybko się rozwija i jak zdrowo dojrzewa, gdy nieustannie przebywa z osobami starszymi a rozumnymi, do których musi ciągłą pracą ducha podnosić swe uczucia i pojęcia. (5)

A co powiecie o takiej teorii, do której stosowali się rodzice Jadwigi? Do mnie przemawia, także jako kontra wobec dzisiejszego przymusu nauki „od kołyski”:

Badacze twierdzą, że mózg dziecka dopiero po siedmiu latach dochodzi do zupełnego swego ukształtowania. Trzymając się tej zasady, aż do lat siedmiu nie uczono mnie ani literki. (6)

 

Rodzice innej pamiętnikarki, Teodory Krajewskiej, mając na sercu dobro swoich dzieci, również podjęli się samodzielnego ułożenia programu ich nauczania:

Dwie siostry starsze kształciły się w domu, bo rodzice początkowo nie chcieli oddawać córek do szkół publicznych. Ojciec ułożył program. (7)

Jak widzicie, w tym przypadku motywacją było niedostateczne zaufanie nie do nauczycieli domowych, a do oświaty publicznej. Nic dziwnego, była dotknięta polityką zaborców, którzy dążyli do wynarodowienia Polaków. A w końcu dzieci są na takie działania najbardziej podatne, nie mając jeszcze w pełni ukształtowanych: świadomości narodowej i znajomości języka ojczystego.

Ci którzy czytali pierwszą i drugą część cyklu (lub mają własną wiedzę na ten temat), mogą się zdziwić, że mowa o posyłaniu do publicznych gimnazjów dziewczynek. Dzieciństwo Teodory przypadło na drugą połowę XIX wieku, ponadto mieszkała ona wraz z rodziną w Warszawie – w tamtym czasie w stolicy istniały już gimnazja przyjmujące dziewczynki.

 

Nauczanie intuicyjne

Matka Henriety Błędowskiej także była przeciwna zatrudnianiu guwernantek:

Niedługo oddaliła państwa Cusin [małżeństwo guwernerów] i odtąd żadnej już guwernantki nie mieliśmy, gdyż mówiła [matka], że one starają się różnić dzieci z rodzicami (…). (8)

Nie wiadomo, na ile przemyślane było postępowanie matki Henriety, ale poniższa wypowiedź pozwala przypuszczać, że prowadzone przez nią wychowanie i edukacja dzieci miały charakter dość…. hmmmm, spontaniczny?:

My tymczasem z braciszkiem swawolili, matka bowiem >>à la Rousseau <<  wychowywać mnie zaczęła, i [była] wszelka wolność uczyć się lub nie. (9)

Henrieta towarzyszyła matce w jej aktualnych zajęciach intelektualnych i naukowych:

Przechodził nam czas zwyczajnymi zajęciami. Czytywałyśmy z matką klasyczne dzieła, także >>Raj stracony<< < Miltona, Ossiana poezje, Huma >>Historia angielska<< i to w tym języku. >>Kurs literatury<< La Harpa mnie zajmował i Delila dzieła, moją zaś biblioteczkę naukową na pamięć wiedziałam, tyle razy od deski do deski ją przeczytawszy. Matka moja ledwo domu nie spaliła, w laboratorium eksperiencje różne robiąc. (10)

 

nauczanie domowe w XIX wieku czytająca dziewczynka

 

Również matka Ewy Felińskiej przez pierwszych kilka lat życia córki nie męczyła jej siedzeniem w sali szkolnej, stawiając na swobodę rozwoju. Może miała świadomość, że kilkuletnie dziecko i tak wciąż się uczy, poznając i obserwując świat i wystarczy dobry przykład, rozmowa, a przede wszystkim: dużo miłości?:

Choć epoka dzieciństwa, którą skreślam, upływała dla mnie bez pęt, bez przymusu, darząc swobodą jedyną może w życiu, jednak i uczyłam się po trochu. (…) niektóre wiadomości, nie wiém jakim sposobem przybyły do głowy i stały się moją własnością. Nie uczono mię bowiem niczego urzędowie, nie zadawano lekcyi, nie naznaczano pokuty, jeśli się nie nauczyłam, bawiłam się tylko od rana do wieczora, a jednak nie wiém jakim sposobem, umiałam już niektóre rzeczy, których nabycie, jak później uważałam kosztuje innych nie mało trudu i mozołu. (11)

 

Swobodę w latach dziecinnych wspomina także Wirydianna Fiszerowa. Jej dzieciństwo przypadło na jeszcze wcześniejszy okres, drugą połowę XVIII wieku (urodziła się w 1761 r.). W swoim pamiętniku pisze o przemianie w dziedzinie wychowania i edukacji dzieci, która zachodziła na jej oczach:

Inne były wówczas wymagania wychowawcze; dbano więcej jeszcze niż dziś o zdrowie dzieci, bez porównania mniej o ich stronę duchową. Zabraniano im mnóstwa rzeczy. Dla chronienia cery ograniczano dopływ powietrza, regularnie dawano na przeczyszczenie w określonych porach roku. Edukacji nie rozpoczynano od kołyski, byle dziecko żyło, na resztę był czas. Przede wszystkim nie starano się chronić go przed zadawaniem się ze służbą. Nie byłoby to w ówczesnych warunkach mieszkaniowych możliwe. Trzeba było gnieździć się gdzie się dało i na ile miejsca starczyło. Pierwsze lata życia spędziłam w (…) rozkosznej spiżarni (…). (12)

 

Ewa Felińska, która żyła na przełomie wieków i miała okazję obserwować (a nawet poznać na własnej skórze) i swobodne podejście do edukacji, i to bardziej gorliwe, stwierdza:

W późniejszym czasie, kiedy mając do wychowania własne dzieci, zastanawiałam się nad sposobem i skutkami rozwijania w nich władz umysłowych, zdało mi się, że o ile przez niedostatek pomocy książkowych utrudza się nabywanie wiedzy, i opaźnia się postęp, o tyle zbyteczna skwapliwość w opychaniu głów cudzemi nabytkami jest szkodliwą. Zdaje się, że pożyteczniéj młodemu organizmowi dać mniéj pokarmu, tak, aby zostawić sposobność przetrawić go dobrze i przyswoić, niż przeciążyć zbytecznie, dając połykać surowo. Chodzi jedynie o dobry wybor pokarmów i stosowne podawanie. (13)

 

Nauka w szkole

Nie zawsze rezygnacja z zatrudniania guwernantek prowadziła do samodzielnego nauczania własnej dziatwy. W drugiej części cyklu opisywałam perypetie, a właściwie dramaty, Anny Potockiej wynikające z jej kontaktów z guwernantkami. W skrócie: żadnej z nich, podobnie jak jej rodzicom, długo nie przychodziło do głowy, że Anna potrzebuje dużo ruchu, swobody, a przede wszystkim zabaw z rówieśniczkami. Próby wielogodzinnego zamknięcia jej w domowej sali szkolnej miały opłakane skutki w postaci histerii i agresji dziecka,  a następnie zamykania małej Anny za karę. Została ona nawet uznana za niezrównoważoną nerwowo. W końcu matka się poddała i postanowiła odesłać ją do szkoły klasztornej z internatem. I co się okazało? To był strzał w dziesiątkę! Anna odżyła! Swój pobyt w klasztorze wspomina potem na łamach pamiętnika z dużym sentymentem:

 (…) Bogu dziękuję, że mi dał spędzić te lat kilka [3 lata] w tym świętym zaciszu [klasztorze], że mi dał poznać te święte dusze [mistrzynie – nauczycielki] całe poświęcone chwale Jego i powołaniu swemu. — Może brakło trochę praktyczności temu wychowaniu, byłoby nam się zdało trochę wiadomości gospodarskich (…). Poza tym wychowanie to było dobre, rozsądne, bez najmniejszej przesadzonej dewocji, bez żadnej chorobliwej egzaltacji, jak to klasztorom zarzucają. Wielkim błędem matek było, że oddawały córki na rok lub dwa i mówiły potem, że były wychowane w klasztorze. Cóż można było z nich zrobić?  (14)

 

nauczanie domowe w XIX wieku klasztor

 

Także Teodora Krajewska uczyła się w szkole – ale nie w klasztornej, a w warszawskim gimnazjum publicznym:

Było nas wtedy pięć córek. Ojciec zadecydował, że ja pójdę do gimnazjum (…). W rozmowie z ciotkami ojciec twierdził, że kończąc gimnazjum najłatwiej zdobędę dyplom nauczycielski. (15)

Gdyby ojciec Teodory wiedział, do czego doprowadzi kształcenie córki! Zdobyła ona dyplom, ale nie nauczycielki, a… lekarza!

Porównajmy powyższy cytat z następującą wypowiedzią Ewy Felińskiej, urodzonej na przełomie XVII i XIX wieku, 61 lat wcześniej niż Krajewska:

(…) żałowałam szczérze , że nie mogłam chodzić do szkół razem z bratem i uczyć się z nim tych pięknych rzeczy, które rzucają inne światło na świat Boży (…). (16)

 

nauczanie domowe w XIX wieku uczennica

 

Jakże znamienne są wypowiedzi tych dwóch kobiet, których dzieciństwo dzieliło w czasie 61 lat (Ewa: rocznik 1793, Teodora: rocznik 1854): widać wielką zmianę podejścia do edukacji dziewcząt, która dokonała się w drugiej połowie XIX wieku. Na początku stulecia oczywistym było, że gimnazja oraz uczelnie to miejsca, do których wstęp mają tylko chłopcy. W końcu, aby przygotować się do roli żony, matki i gospodyni nie potrzeba było gimnazjum, ani – tym bardziej – uniwersytetu.

Skąd zmiana podejścia? Jak przebiegała przemiana modelu edukacji dziewcząt i co się działo, zanim w końcu wpuszczono je na uniwersytety? Przeczytacie o tym w następnym poście z cyklu.

 

Podobał Ci się artykuł? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

 

Powołania:

  1. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik 1834-1897, Warszawa, Czytelnik, 1968, s. 70-71.
  2. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik…., s. 76-77.
  3. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik…., s. 70-71.
  4. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik…., s. 71.
  5. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik…., s. 71-72.
  6. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik…., s. 74.
  7. Teodora z Kosmowskich Krajewska, Pamiętnik, Kraków, Krajowa Agencja Wydawnicza, 1989, s. 37.
  8. Henrieta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości. Wspomnienia z lat 1794-1832, Warszawa, PIW, 1960, s. 39.
  9. Henrieta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości…, s. 37.
  10. Henrieta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości…, s. 133.
  11. Ewa Felińska, Pamiętniki z życia Ewy Felińskiej, seria 1, tom 1, nakładem i drukiem Józefa Zawadzkiego, Wilno 1856, 71.
  12. Wirydianna Fiszerowa,Dzieje moje własne i osób postronnych. Wiązanka spraw poważnych, ciekawych i błahych, tł. z fr. Edward Raczyński, przedmowa Józef Jasnowski, Londyn 1975, s. 26.
  13. Ewa Felińska, Pamiętniki…, s. 184.
  14. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik, Warszawa, Instytut Wydawniczy Pax, 1973, s. 56.
  15. Teodora z Kosmowskich Krajewska, Pamiętnik…, s. 37.
  16. Ewa Felińska, Pamiętniki…, seria 1, tom 2, s. 52.

 

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

1 Odpowiedź

  1. Marta Szyszkowska napisał(a):

    Teraz tak samo rodzice mają wielką rolę w nauczaniu dziecka, ale niestety często te rolę zaniedbując oddając dziecko całkowicie w ręce szkoły i mysląc, że tam je wychowają.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *