Rodzicu, babciu, opiekunko! Zastanów się 3 razy, zanim to zrobisz! To może być niebezpieczne dla innych dzieci

ostrzeżenie znak dawanie jedzenia dzieciom w szatni

Zastanawiam się: jak przekazać Wam moją myśl, aby nie brzmieć jak stetryczała, sfrustrowana mamuśka, której wszystko przeszkadza? Lub jak moralizatorka, grzmiąca niczym surowy kaznodzieja z ambony? A moim celem nie jest pouczanie nikogo, a jedynie zachęta do refleksji. Bo jakże często każdemu z nas, mi także, zdarza się w sposób zupełnie nieświadomy robić coś, co może dość mocno przeszkadzać innym. Czasem nie zdajemy sobie sprawy, że nasze, na pozór niewinne, a nawet – wydawałoby się – przyjazne zachowanie może wyrządzić komuś szkodę czy wręcz krzywdę. Zaznaczam, że przedstawiam moje własne, subiektywne spojrzenie na kwestię, o której napiszę. Jakie tytułowe zachowanie rodziców tak bardzo mi więc przeszkadza i dlaczego? Mam na myśli, praktykowany przez niektórych rodziców lub innych opiekunów, zwyczaj dawania jedzenia dzieciom w szatni żłobka lub przedszkola (na szczęście, w przedszkolu Jasia zdarza się to już dużo rzadziej, niż miało to miejsce w jego żłobku).

A co to za problem? Ano do niedawna był to dla mnie spory kłopot, bo musiałam podawać Jasiowi o określonej porze ważny lek. Nie było innej opcji, jak podać mu go w szatni. Jaś otrzymuje go od urodzenia (ostatnio szczęśliwie już tylko rano). Aby lek się przyswoił, musi być podany pół godziny przed posiłkiem. A jak wytłumaczyć dwulatkowi, czy nawet trzylatkowi, który wyciąga rączkę do ciastka lub kawałka jabłka, którym go ktoś częstuje, że ma tę rączkę zabrać i nie dostanie tej mega kuszącej (cokolwiek to by nie było, wiadomo, od kogoś smakuje najlepiej) przekąski. Zwykle nie potrafiłam być na tyle twarda, żeby powiedzieć „nie”. Powiem szczerze, że – zwłaszcza w żłobku – rzadko zdarzało mi się szczęśliwie nie natrafić na takie karmienie połączone z częstowaniem i podać lek zgodnie z zaleceniami.

Dochodzi jeszcze jedna kwestia, dla mnie osobiście mniej istotna, ale pewnie dla wielu opiekunów bardzo ważna. Otóż zdarza się, że dziecko nie jada określonych produktów albo decyzją rodziców, albo z ważnych powodów zdrowotnych. Ja przykładowo staram się nie dawać Jasiowi słodyczy, choć też mu ich nie zakazuję. Jasiek może się nimi zajadać podczas świąt lub imprez typu urodziny. Czasami mu też coś słodkiego kupię. Ale wolałabym, żeby nie dostawał słodyczy codziennie. Uczę go, że to coś, co można jeść tylko od czasu do czasu, aby pozostać zdrowym. A takie częstowanie powoduje, że cała nauka bierze w łeb. Wiem też, że są rodzice, którzy w ogóle nie dają swoim dzieciom łakoci lub przestrzegają zasady jedzenia ich raz w tygodniu. Ja osobiście nie jestem zwolenniczką takich metod, ale szanuję decyzje tych rodziców.

kolorowe draże dawanie jedzenia dzieciom w szatni

Pół biedy jednak te słodycze, nawet jeśli dochodzi do zachwiania naszych twardych zasad. Znacznie gorzej, gdy jakieś dziecko nie może czegoś zjeść z powodu ostrej nietolerancji pokarmowej, alergii (to nie zawsze jest „zwykła wysypka”, niektóre objawy uczulenia bywają tak silne, że istnieje zagrożenie wstrząsu anafilaktycznego!) lub poważnej choroby, do których należą przykładowo celiakia lub fenyloketonuria. Powiecie, że to mega rzadkie przypadki i przesadzam? To zastanówcie się, ile spotkaliście w swoim życiu dzieci z takimi przypadłościami? Ja poznałam ich kilkoro. Przykładowo, w pierwszym żłobku, do którego uczęszczał Janek, była dziewczynka, która miała ostre uczulenie na jajka, zjedzenie których (w każdej ilości czy postaci) powodowało u niej wstrząs anafilaktyczny. Jej mama miała zawsze przy sobie zestaw przeciwwstrząsowy (zastrzyk domięśniowy z adrenaliny – mało przyjemne, co?) i musiał on być także w żłobku, a personel trzeba było przeszkolić, jak go użyć w razie potrzeby. A wiecie, ile produktów zawiera jajka w proszku? Choćby zwykłe biszkopty.

Zgoda, rodzic lub opiekun raczej dopilnuje dziecka, żeby nie sięgnęło po zakazany produkt, którym go ktoś właśnie częstuje. A jeśli akurat się odwróci, bo np. zadzwoni telefon, a dwuletni brzdąc, któremu przecież jeszcze nie sposób wytłumaczyć, że nie wolno mu tego jeść, zdąży się poczęstować? Tym bardziej, że – jak wiadomo – nie każdy opiekun najpierw zapyta rodzica, czy może dać ten biszkopt jego dziecku. Zwłaszcza w przypadku ludzi starszej daty (te kochane babcie, które chcą dogodzić wnusiowi, a przy okazji jego koledze!) bywa z tym pytaniem różnie, oj różnie. Starsze dzieci są już przeszkolone, a rodzice zwykle jednak zdążą zareagować. Pomyślcie jednak, jak musi się czuć maluch, któremu ktoś pokazuje smakołyk, a potem zabiera sprzed nosa.

płacząca dziewczynka dawanie jedzenia dzieciom w szatni

Poza tym wszystkim, nie do końca rozumiem motywację tych karmień. Czy naprawdę szatnia w żłobku lub przedszkolu to najlepsze miejsce do konsumpcji a ubieranie się to najlepszy na nią czas? Cóż, zdążyłam się przekonać, iż ludzie mają to do siebie, że rzadko zachowują się zgodnie z naszymi pragnieniami i oczekiwaniami. Pozostaję mi mieć nadzieję, że choć kilka osób udało mi się skłonić do refleksji.

Na koniec, aby nie było tak ponuro i złowrogo, napiszę Wam, co robi Jaś, gdy jakaś matka czy babcia w szatni daje swojemu dziecku coś słodkiego, a jego nie częstuje ;). Przemawia na cały głos mentorskim tonem mniej więcej tymi słowy: „On je słodycze, więc będzie gruby i będą mu się psuły zęby!”. Na początku robiło mi się okropnie głupio, podobnie jak tej osobie dającej słodycze. Następowała pełna konsternacji cisza, a ja robiłam się czerwona jak burak. Moja mina i mina tej drugiej – bezcenne. Potem obie zaczynałyśmy zwykle dukać jakieś tłumaczenia. Oczywiście próbowałam wyjaśniać Jasiowi, że nie należy tak mówić. Ale że to nic nie dawało, po kolejnym jego wystąpieniu, odpuściłam sobie tłumaczenia i po prostu przestałam reagować. W sumie to czasem ta bezpośredniość i bezpardonowość dzieci bywa przydatna – mówią głośno to, co i my, dorośli, myślimy, ale nie mamy odwagi wypowiedzieć :p

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

 

Kasia

Mam na imię Kasia. Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *