Gdy nie było podstawówki w rejonie… Gdzie i czego uczyły się polskie dzieci w XIX wieku? Część I

edukacja w XIX wieku magiczna książka

 

Czy wiecie, że obowiązkowe, publiczne szkoły podstawowe to dorobek XX wieku? Dopiero w XIX wieku zaczęto mozolnie tworzyć sieć powszechnie dostępnej edukacji początkowej. Na ziemiach polskich proces ten dodatkowo utrudniał fakt, że były one wówczas pod zaborami, a szkolnictwo dotykały rusyfikacja i germanizacja.

W XIX wieku sieć szkół, które dziś nazwalibyśmy podstawowymi (choć ze współczesną podstawówką miały one niemal tyle wspólnego, co dziś mają uniwersytet z przedszkolem!), wówczas nazywanych elementarnymi, była jeszcze bardzo rzadka. Ponadto, początkowo nie były to szkoły dla wszystkich, a jedynie dla dzieci chłopów i rzemieślników (1).

W ostatnim stuleciu podziałów i różnic społecznych za najbardziej elitarny sposób kształcenia najmłodszych dzieci uchodziła edukacja domowa. Tę pobierały więc dzieciaki, które miały szczęście urodzić się w arystokratycznych i szlacheckich rodzinach.

Nie dziwi fakt, że analfabetyzm był wówczas zjawiskiem powszechnym. Jeszcze w 1914 roku na ziemiach polskich odsetek analfabetów wynosił: 57% w zaborze rosyjskim, 40% w Galicji i 5% w zaborze pruskim (2).

Obowiązek szkolny w Polsce wprowadzono w 1919 r. Oznaczał on obowiązkowe uczęszczanie do 7-klasowej szkoły powszechnej (3).

Przyjrzyjmy się bliżej edukacji dzieci w XIX stuleciu – czego, gdzie i przez kogo były uczone? Czy sposób nauczania był taki sam dla dziewczynek i chłopców? Jakie zmiany w zakresie edukacji dziewcząt przyniósł XIX wiek i jakie były przyczyny przemian? Pytań jest wiele, informacji też – dlatego niniejszym otwieram minicykl o nauczaniu dzieci w XIX wieku.

Na początek biorę pod lupę edukację tych szczęściarzy, którzy nie musieli uczęszczać do ówczesnych „podstawówek”, a co więcej, mieli szansę nauczyć się czegoś więcej niż katechizmu, czytania, pisania i rachunków (bo tylko tego uczono w szkołach elementarnych). Mam na myśli dzieci, które urodziły się w szlacheckich i arystokratycznych domach.

W tym poście dowiecie się, czego uczyły dziewczynki z wyższych warstw społecznych w XIX wieku. Tak jak we wcześniejszych wpisach, głównym źródłem mojej wiedzy są XIX-wieczne pamiętniki polskich arystokratek. Sięgnęłam też do współczesnych opracowań na temat edukacji dziewcząt w tamtym stuleciu.

 

Różnice w edukacji dziewczynek i chłopców

Różnice w sposobie nauczania ze względu na płeć były znaczące. Do połowy XIX wieku pełny dostęp do edukacji mieli wyłącznie chłopcy. Uzasadnieniem były przede wszystkim względy praktyczne – od kobiety oczekiwano wówczas pełnienia wyłącznie tradycyjnych ról żony i matki, a to mężczyzna był od zarabiania i od realizacji wszelkich „celów wyższych”. Maluchy obojga płci w arystokratycznych domach uczone były przez guwernerów i guwernantki, czasem przez rodziców. A gdy podrosły, chłopcy wysyłani byli do gimnazjów, a następnie na wyższe uczelnie. W pierwszej połowie XIX wieku na ziemiach polskich gimnazja były męskie, uczelnie wyższe tym bardziej (4). Dziewczynki więc kontynuowały naukę w domu, a niektóre – częściej te pochodzące ze średniej szlachty niż z arystokracji – wysyłane były na naukę w szkołach dla dziewcząt: prywatne pensje lub szkoły przyklasztorne.

 

edukacja w XIX wieku dziewczyna w kapeluszu

 

Czy istniał jakiś system nauczania dziewczynek?

To czego i gdzie uczyły się małe arystokratki i szlachcianki w XIX wieku zależało głównie od… decyzji rodziców. Ściślej mówiąc, matki, bo nauczanie dzieci było częścią domeny kobiecej. To rodzicielka więc nadzorowała naukę swoich pociech – wybierała nauczycieli domowych, szkoły, a czasem uczyła swoje dzieci osobiście (5). Jednego, obowiązującego programu nauczania dziewczynek nie było.

Czego uczyły się dziewczynki?

Tradycyjnie, do połowy XIX wieku, w zakres nauczania dziewczynki z wyższych sfer wchodziło wszystko to, co miało ją przygotować do pełnienia ról żony i matki (w tej kolejności). Miała więc być w stanie nadzorować gospodarstwo domowe i sama wykonywać część prac: stąd nauka rachunków (nie mylić z matematyką – nauka ta zwykle ograniczała się do przyswojenia dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia, i to na podstawie przykładów z gospodarstwa domowego) oraz cerowania, haftowania, czasem (ale już rzadziej!) gotowania.

 

edukacja w XIX wieku grupa kobiet

 

Tych ostatnich zwykle uczyła dziewczynkę matka – jak pisze w swoim pamiętniku Ewa Felińska:

(…) matka moja uczyła różnych robót potrzebnych kobiécie. Naprzykład, robić pończochę, szyć, wiązać siatkę, dziergać, robić rozmaite sznureczki (…). (6)

Również w pamiętniku Jadwigi Łuszczewskiej (znanej pod pseudonimem literackim Deotymy, autorki „Panienki z okienka”) znalazła się wzmianka o przekazywanej przez matkę nauce praktycznych umiejętności:

Przy całym idealizmie wychowania, kładła [matka] też wielki nacisk na jego stronę praktyczną; żądała od nas p r z e d e  w s z y s t k i m znajomości zajęć kobiecych, pilności w gospodarstwie i w robotach tak zwanych c n o t l i w y c h. Brzmią mi do dziś dnia te jej święte słowa: „Lepiej, abyś nie umiała pisać, niż abyś nie umiała lub nie lubiła cerować”. (7)

 

 

Dziś może nas śmieszyć przywiązywanie tak wielkiej wagi do czynności typu cerowanie (dajmy na to, starych skarpet męża). Jednak, jak widzimy czynność ta (i jej podobne robótki) miała w XIX wieku niezwykłe znaczenie. Coś musiało się za tym kryć – myślę, że mogło być synonimem cech, które ówczesna idealna kobieta powinna mieć na wyposażeniu. Były to m.in.: gospodarność, oszczędność, cierpliwość, skromność, pracowitość.

 

edukacja w XIX wieku cerująca kobieta

 

Jednak często, zwłaszcza wśród arystokracji, nauka takich praktycznych czynności kulała – czego dowodem jest wypowiedź Henriety Błędowskiej:

Jedną rzecz żałuję, że nie przyzwyczajano samej utrzymywać rzeczy i dbać o nie. O gospodarstwie także wyobrażenia nie miałam. (8)

Również od matki dziewczę uczyło się modlitw i praktyk religijnych, jakże ważnych w tamtym czasie. Felińska pisze:

Zapewne wychowaniu matki mojéj, i jéj głębokim wierzeniom winnam była to piętno religijne, które się odcisnęło w latach dziecinnych na umyśle moim i odbiło nawet w zabawach. (9)

To matka miała także wpoić w swoje pociechy wiarę w Boga. Anna Potocka robiła to w sposób, który dziś może jednak budzić pewne kontrowersje – tak po latach opowiada o tym swoim dorosłym już dzieciom na kartach pamiętnika:

Ja nawet z wami uciekałam się do wybiegów, aby wam pokazać, że Bóg was wysłuchuje; ile razy na przykład spodziewałam się dziecięcia, przedstawiałam wam, że warto by uprosić u Boga, aby wam dodał jeszcze braciszka lub siostrzyczkę, i prosiliście, i cieszyli się serdecznie potem pewni, że to modlitwy wasze otrzymały pomnożenie rodziny. — Jak widziałam, że barometr idzie w górę, to kazałam wam się modlić o pogodę. Zdaje mi się, że to dobre, to przyzwyczaja dzieci do tego, że uważają Boga jako istotę żyjącą, żywotną, biorącą udział we wszystkich sprawach, kierującą wszystkim z bliska, słuchającą ich prośby. (10)

Potocka nawołuje, aby była to wiara świadoma, bliska dziecku, a nie bezmyślne odklepywanie modłów:

Niech dzieci wasze jak najmniej klepią pacierzy; ale za to niech się przyzwyczajają uciekać się do Boga we wszystkich potrzebach, zmartwieniach swoich, dziękować Mu za każdą przyjemność, przepraszać za ciężkie upadki swoje (ale tylko wtedy, gdy już czują za nie żal szczery, serdeczny, nigdy za karę i pokutę). (11)

Jedną z wymaganych cech kobiety była bowiem pobożność – choć nie dewocja, ta już nie była mile widziana. Pewnie dlatego, że zbytnia bogobojność odciągała kobietę od obowiązków wobec męża, dzieci i domu. A poza tym kobieta miała być dla męża partnerką interesującą i pociągającą, a za taką nie uchodziła skończona dewotka (zresztą, czy dzisiaj jest inaczej?).

Aby być przyjemną i interesującą towarzyszką dla przyszłego małżonka, dziewczyna miała także zdobyć umiejętności artystyczne takie jak: gra na instrumencie, śpiew, taniec, rysunek. Pomagali im w tym specjalnie w tym celu zatrudniani nauczyciele przedmiotów artystycznych. Błędowska wspomina:

Oprócz lekcji zwyczajnych śpiewu, fortepianu, na moje żądanie na harfie uczył mnie pan Cousineau (…). Uczyłam się także haftowania kwiatów „en bas relief” sznelkami (…). [na wypukło miękkimi jedwabnymi sznurkami – wyjaśnienie z przypisu] (12)

Tak pisze o swojej edukacji artystycznej Zofia Szeptycka, córka Aleksandra Fredry:

Dalej rysunku uczył mnie Swoboda (…). Fortepianu uczył mnie gruby Niemiec (…).(13)

Malowałam też w Truskawcu wodnymi farbami pod kierownictwem Mamy kwiaty i orzechy laskowe, wklejane starannie w albumie, który na imieniny od niej dostałam. (…) (14)

Aleksandra Tarczewska zaś na kartach swojego pamiętnika pisze:

Na klawikorcie już wtenczas wcale nieźle grałam, śpiewałam bardzo przyjemnie, jednego i drugiego nauczyła mnie kochana Mama; nie chcąc, abym zaniedbywała muzykę, wzięła mi na czas naszego rozstania się metra ze wsi sąsiedzkiej Wiskitek. (15)

Zaraz po przybyciu wzięła mi Mama metra do gitary (…). (…) Przy tym Mama dawała mi ciągle lekcje na klawikorcie i tak całe dnie poświęcałam nauce. (16)

No dobrze – rachunki, prace gospodarskie, modlitwy, gra na instrumencie, śpiew, rysunek i haft artystyczny – a czy uczyły się jeszcze czegoś? Rzecz jasna, nie do pomyślenia byłoby gdyby panienka ze szlacheckiego dworku (a tym bardziej z rodziny arystokratycznej) nie umiała mówić biegle po francusku. Nawet rodzice Deotymy, która uczyła się w domu według ułożonego przez nich autorskiego programu, choć niechętni nauce języków obcych, wiedzieli, że z francuskiego zrezygnować nie sposób:

Matka nie chciała nas powierzać żadnemu obcemu wpływowi, chciała mieć nas ciągle pod swoim głęboko obmyślanym kierunkiem. Z planu wychowania wykluczyła wszelkie obce języki, bo, według niej, czcza ta nauka zużywa na próżno siły umysłu i pamięci. (…)  Musiała wprawdzie uczynić ustępstwo dla języka francuskiego, bez którego w dzisiejszym społeczeństwie nie można się obejść, ale uczyniła je niechętnie (…).(17)

Przez „obcy wpływ” należy tu rozumieć wpływ nauczycielki mówiącej w danym języku – dziś powiedzielibyśmy native speakerki – którą trzeba by zatrudnić. Taka praktyka była wówczas na porządku dziennym – aby zapewnić dziecku płynną znajomość obcego języka, najchętniej zatrudniano guwernantki będące rodowitymi użytkowniczkami języka francuskiego lub angielskiego.

Ale co z wiedzą ogólną? – zapytacie. Co to ukrywać, był to słaby punkt w ówczesnej edukacji dziewczynek.

 

 

Po pierwsze, nadmierne wyedukowanie kobiet uważano w XIX wieku za niepotrzebne (dziewczęta i tak nie miały wstępu na uczelnie wyższe oraz nie potrzebowały tej wiedzy, aby być żoną, matką i gospodynią), a wręcz szkodliwe. Po drugie, nie istniał obowiązek szkolny ani program nauczania dziewcząt. Po trzecie wreszcie, to czego się nauczyły, uzależnione było od przygotowania (merytorycznego i pedagogicznego) osoby, którą im tę wiedzę przekazywała lub od szkoły, do której dziewczę trafiło. A o tym, jak w praktyce wyglądało uczenie dziewczynek przez guwernantki, w szkołach lub przez rodziców oraz jakie perypetie z tym się wiązały, dowiecie się w następnej części.

 

Podobał Ci się artykuł? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

 

W kolejnych częściach:

  • Kto uczył dziewczynki w XIX wieku? Jak ta nauka wyglądała w praktyce?
  • Przewrót w edukacji dziewcząt pod koniec XIX wieku. Co się zmieniło i dlaczego?

Chcecie się dowiedzieć? Zaglądajcie do mnie!

 

Powołania:

  1. S. Wołoszyn, Dzieje wychowania i myśli pedagogicznej w zarysie,
    Warszawa 1964, za: http://www.netprace.pl/praca-inzynierska/praca%20magisterska%20-%20%201213131835.doc
  2. Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Analfabetyzm
  3. Wikipedia: https://pl.wikipedia.org/wiki/Obowi%C4%85zek_szkolny
  4. H. Markiewiczowa, Wizerunek kobiety II połowy XIX wieku w prasie warszawskiej, [w:] Partnerka, matka, opiekunka. Status kobiety w dziejach nowożytnych od XVI do XX wieku, pod red. K. Jakubiaka, Bydgoszcz 2000, s. 241-243.
  5. J. Sikorska-Kulesza, Między nadmiarem a niedostatkiem. Uwagi o czasie wolnym ziemiaństwa w XIX wieku, [w:] Kobieta i kultura czasu wolnego. Zbiór studiów, pod red. A. Żarnowskiej i A. Szwarca, tom VII, Warszawa 2001, s. 67-70.
  6. Ewa Felińska, Pamiętniki z życia Ewy Felińskiej, seria 1, tom 1, nakładem i drukiem Józefa Zawadzkiego, Wilno 1856, s. 141.
  7. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik 1834-1897, Warszawa, Czytelnik, 1968, s. 71.
  8. Henrieta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości. Wspomnienia z lat 1794-1832, Warszawa, PIW, 1960, s. 62.
  9. Ewa Felińska, Pamiętniki… s. 72.
  10. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik, Warszawa, Instytut Wydawniczy Pax, 1973, s. 24.
  11. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik… s. 23-24.
  12. Henrieta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości… s. 113.
  13. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia z lat ubiegłych, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1967, s. 116.
  14. Zofia z Fredrów Szeptycka, Wspomnienia…   s. 120.
  15. Aleksandra Tarczewska z Tańskich, Historia mego życia: wspomnienia Warszawianki, Wrocław 1967, s. 67.
  16. Aleksandra Tarczewska z Tańskich, Historia mego życia… s. 72-73.
  17. Jadwiga Łuszczewska, Pamiętnik… s. 70-71.

Kasia

Mam na imię Kasia. Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *