To idealny prezent dla Mamy. Nie tylko na Dzień Matki :)

wychodne mamy prezent

Na początku do czegoś Wam się przyznam. Szczera ze mnie dziewczyna i inaczej nie umiem, choć nie zawsze mi się to w życiu opłaca. Mam właśnie wychodne! 😉 Piszę do Was z ogródka pobliskiej kafejki. Zieleń, szmer rozmów i ja z komputerem. Bosko. Poprzedni wpis też powstał w kawiarni. Niedawno pisałam TU, że mam kryzys. Po raz kolejny potwierdza się, że kryzysy są w życiu potrzebne. Dopiero gdy robi się bardzo źle, mobilizujemy się do zmian. Miałam już serdecznie dość pisania w akompaniamencie wrzasku Ignacego. Zapytacie: czemu nie wykorzystam czasu, gdy on śpi? Hmmm, najpierw musiałby to robić. Trafiło mi się dziecko, które prawie nie śpi w dzień (chyba że na spacerze, ale przyznacie, że ciężko jednocześnie spacerować i pisać coś dłuższego niż sms) oraz późno zasypia w nocy – przynajmniej póki co tak jest. Ignaś reaguje alergicznie na moje próby pisania bloga w jego obecności. Jakby od razu wyczuwał, w jakim celu zasiadam z tym laptopem. I choć chwilę wcześniej rozkosznie gaworzy na macie, gdy tylko moje palce dotkną klawiatury, rozlega się jego dziki wrzask.

Wiem, wiem, nie podoba mu się, że cała moja uwaga koncentruje się na czymś innym niż jego niewielka lecz jakże silna i uwagi (wyłącznej!) godna persona. On doskonale to wyczuwa. Ostatnio było tak, że każdy wpis był okupiony złością i walką. Oraz wyrzutami sumienia. A że w ogóle nasz Giguś ostatnio daje popalić – zęby, skok rozwojowy plus charakter po mamusi – a Jasiulek, choć kochany, też swoje trzy grosze dokłada, miałam serdecznie dość. Tupnęłam nogą i oznajmiłam S (prawdę mówiąc, nie oznajmiłam, tylko ryknęłam jak lwica), że potrzebuje stałego wychodnego. Na zasadach transakcji wymiennej, żeby było sprawiedliwie – on wypuszcza mnie, a ja jego. Początkowo się zbiesił, bo przez poczucie desperacji, ryknęłam trochę za ostro. Na szczęście doszliśmy do porozumienia.

Gdy byłam na macierzyńskim z Jasiem, odkąd ten skończył jakieś 4 miesiące, miałam stałe zajęcia, dzięki którym regularnie wychodziłam z domu 2 razy w tygodniu. Dopiero teraz dociera do mnie, że między innymi dlatego okres niemowlęctwa Jasia jawi mi się we wspomnieniach jako bardziej beztroski niż obecny. Oprócz czasu, który wygładza i idealizuje przeszłość, z pewnością ma na takie postrzeganie wpływ również obiektywny fakt, że teraz mam dwoje dzieci i nie mam takiej swobody, jaką miałam z Jasiem. Nie mogę, jak wtedy, działać niespiesznie i całymi godzinami spacerować z wózkiem. Teraz mam cały czas z tyłu głowy konieczność odebrania starszaka z przedszkola o określonej godzinie, przez którą w moje działania w pierwszej części dnia wkradają się nerwowość i pośpiech (a w drugiej lawirowanie między potrzebami każdego z chłopców…). Chociaż to zależy od interpretacji rzeczywistości: przy tej optymistycznej można to uznać za mobilizator, dzięki któremu sprężam się i robię więcej. Aby jednak widzieć tę jasną stronę życia, potrzebuję na chwilę wyjść z rodzinnego kociołka i popatrzeć na niego z boku. I właśnie dlatego – tym bardziej teraz, mając nie jedno, a dwoje brzdąców – potrzebuję tego wentyla bezpieczeństwa, jakim jest regularne opuszczanie rodzinnego lokum.

wychodne mamy kawiarnia

 

Bo przychodzi taki moment, gdy czuję, że jeśli zaraz go nie opuszczę, to będzie źle. Robię się wtedy nieznośna przede wszystkim dla samej siebie, ale i dla moich chłopaków. Z tym że im który starszy, tym więcej mu się – zwykle niezasłużenie – dostaje. A gdy wracam, dzieci odzyskują ciepłą i cierpliwą mamę, a mąż wesołą żonę. Z domu wychodzi najeżony potwór, a wraca do niego rozkoszny misiaczek 😉 Niesamowite, jak wiele potrafi zdziałać taka chwila oddechu od własnej rodziny. Ci których kochamy najmocniej, potrafią także wzbudzać w nas najgorsze emocje i instynkty. Dzieje się tak, gdy zaniedbujemy własne potrzeby. Przynajmniej w moim wypadku, ale coś mi się wydaje, że nie jestem w tym odosobniona 😉

Nie obawiajmy się zostawiać tego swojego chłopa z potomstwem i wychodzić z chałupy same. Gdziekolwiek, byle regularnie. Początkowo może mu się to nie spodobać, ale zmieni zdanie, gdy zobaczy, że i jemu to się finalnie opłaci. No i będzie miał okazję pobyć z dzieciakami, a taki kontakt z tatą też jest przecież bezcenny. Teraz jest łatwiej zacząć, pogoda sprzyja spędzaniu czasu na powietrzu, a dzieciaki – jak wiadomo – są dużo bardziej znośne poza domem niż w jego 4 ścianach. Moje chłopaki też właśnie powędrowali na plac zabaw. Mąż dużo pracuje i mało bywa w domu? To utrudnia sprawę, ale jej nie zamyka. Jeśli finanse pozwalają, warto nawet zatrudnić nianię, żeby mieć te wychodne 2 razy tygodniu. Nawet kosztem odmówienia sobie czegoś innego. Uważam, że to jest cenniejsze. Myślę też, że to najlepszy prezent, jaki możesz dziś sobie sama, Mamo, dać 🙂

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Mam na imię Kasia. Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

2 komentarze

  1. Luna napisał(a):

    Ojjj tak tak! jak tylko to czytam to na serduchu mi lzej. Myslalam ze tylko ja slaba matka tak mam! W akcie desperacji ide wyrzucac trzy razy smieci jak tylko zmeczony maz wraca z pracy.Tez robie okoliczne rundki. To taka moja tzw wieczorna oddechowa joga:):):) ide staram sie zlapac spokojne glebokie oddechy…nieco wyciszyc a mimo to nie zawsze potrafie. A moze wiekszosc z z nas tak ma? .. Hmmm odkad jestesmy matkami wyciszanie sie nie przynosi efektu bo nasze mysli nie sa juz niezaleze i zawsze gdzies przyczepione do naszych maluchow. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *