U rodzinki czy na mieście? 5 pomysłów na niedrogie, a udane, urodziny dziecka

tort urodzinowy straż pożarna

Ostatnio trochę mnie tu nie było. Wiele się w tym czasie działo. Między innymi odbyły się 4. urodziny naszego pierworodnego. A w związku z nimi pojawiły się rozterki, decyzje do podjęcia i doświadczenia, którymi postanowiłam się z Wami podzielić. Tym bardziej, że z pewnością wiele z Was również drapie się po głowie, gdy zbliża się termin urodzin Waszej pociechy. Urodziny dziecka niedrogo, a ciekawie – czy to możliwe w dzisiejszych czasach? – myślicie pewnie. Oczywiście, są też tacy (również wśród moich znajomych), którzy nie ulegają dzisiejszej kapitalistycznej modzie i dzielnie odpierają nagabywania potomka. Podziwiam i popieram. Ja się dałam złapać na tę wędkę. I, jak zwykle, padłam ofiarą własnego języka. Ale do rzeczy.

Zaczęło się jeszcze przed poprzednimi, 3. urodzinami Jaśka. Gdy się zbliżały, zrobiłam research. Sprawdziłam ofertę pro-dziecięcych kawiarni, klubików oraz sal zabaw. Za każdym razem z rachunków wynikało, że nawet zapraszając tylko około 8 dzieci, trzeba wydać co najmniej 1000 zł. Po przedyskutowaniu sprawy z S oraz z kilkoma innymi rozsądnymi osobami, odzyskałam, na chwilę przynajmniej, zdrowy rozsądek. Uznaliśmy z S, że nasza psychika oraz budżet nie wytrzymają spuszczenia takiej kwoty w toalecie. Bo upłynnienie tysiąca złotych na urodziny trzylatka wydało nam się bliskie takiej czynności właśnie.

Mieliśmy nadzieję, że Jasia równie ucieszą po prostu otrzymanie prezentów od nas oraz wyprawa do sali zabaw. Niestety nie mamy na miejscu żadnych babć i dziadków, których moglibyśmy zaprosić. Jaś życzeń i śpiewów wysłuchał, prezenty odpakował, pobawiliśmy się chwilę, a następnie z jego trzyletnich ustek padło sakramentalne: „A gdzie są moje urodzinki? Gdzie dzieci? Czy teraz pojedziemy na moje urodzinki?”… Nastąpiła konsternacja. Cóż, po tym, jak ze dwa razy był na imprezkach urodzinowych na mieście, uznał taki wzorzec urodzin za właściwy i obowiązujący. A ja, nadwrażliwa, nadgorliwa, targana wyrzutami sumienia matka, obiecałam Jasiowi, że w ramach rekompensaty urządzę mu imieninki w czerwcu. W domu lub w plenerze. Tak też zrobiłam. Podzielę się z Wami tym doświadczeniem w dalszej części tekstu.

W tym roku, gdy perspektywa 4. urodzin Jasia stawała się coraz bliższa, nie łudziłam się już, że tak łatwo mi się upiecze. Obiecałam Jasiowi, że będzie mógł zaprosić kilkoro najbliższych kolegów i koleżanek. Najpierw obiecałam, a później zaczęłam kombinować. Zastanawiałam się, jak to zrobić, żeby nie wydać fortuny, a zarazem nie być gołosłowną. Bo jestem bardzo wyczulona na niedotrzymywanie obietnic danych dziecku. Ponieważ mieliśmy już malutkiego Ignasia, nie wchodziła w rachubę żadna forma imprezy w domu. Po prostu nie czuliśmy się na siłach. Koniec końców, niecałe 2 tygodnie przed urodzinami Jasia, polegliśmy. Zdecydowaliśmy, że tym razem urządzimy mu urodziny w sali zabaw, tylko ograniczymy liczbę gości (pakiet w salach zabaw przewiduje zwykle 8 dzieci). Tak też się stało. Impreza się udała… Jednak zanim tak to się skończyło, po drodze wymyśliłam kilka alternatywnych rozwiązań. Bardziej łaskawych dla portfela rodziców, ale też wymagających ich większego lub mniejszego zaangażowania. Nie wszystkie pomysły są moje, część zaczerpnęłam od znajomych. Dzielę się więc nimi:

  1. W rodzinnym gronie, czyli urodziny oldschoolowe

Tak jak to się odbywało w przedkapitalistycznych czasach naszego dzieciństwa. I jak jeszcze się odbywa w wielu domach. Zapraszamy babcie, dziadków, ewentualnie ciocie i wujków. Tylko kilkoro najbliższych osób. Serwujemy torcik i kawkę, jeśli czujemy się na siłach, to także obiad.

  1. Kinderbal w domu

Takie rozwiązanie jest najtańsze, ale z pewnością i najbardziej hardcorowe dla rodziców. Są różne opcje:

Opcja A: Zapraszamy i dzieci, i rodziców. Czyli hardcore na maxa. Bo ze starymi większy problem niż z małymi. Trzeba ich gdzieś posadzić. Trzeba ich czymś poczęstować. Trzeba z nimi porozmawiać. No i jest się narażonym na ich ocenę.

Opcja B: Zapraszamy tylko dzieci. Kłopot z rodzicami odpada, natomiast pojawia się odpowiedzialność za bezpieczeństwo dzieciaków. Dlatego moim zdaniem w takiej sytuacji najlepiej zaprosić tylko kilkoro dzieci. Uwaga – nie zapomnijmy o wzięciu numerów telefonów od rodziców oraz o ustaleniu czasu trwania imprezy i godziny odbioru maluchów.

Trzeba, rzecz jasna, przygotować poczęstunek, dekoracje oraz warto mieć w zanadrzu przygotowane pomysły na zabawy w razie impasu. Z mojego doświadczenia wynika, że dzieci trzy- i czteroletnie zwykle świetnie same organizują sobie zabawę w sposób spontaniczny. I można poprzestać na czuwaniu nad ich bezpieczeństwem.

A to doświadczenie, to imieninki Jasia, które – jak wspominałam – urządziliśmy mu w czerwcu. Imprezę poprowadziłam ja z S, który odwalił kawał dobrej roboty przed, podczas gdy ja głównie panikowałam 😉 Zaprosiliśmy do naszego małego mieszkanka kilkoro dzieci bez rodziców (finalnie było ich tylko 4 wraz z solenizantem). Udekorowaliśmy mieszkanie balonami i serpentynami. Kupiłam kolorową papierową zastawę. Przygotowaliśmy poczęstunek – słodycze i owoce. Na początku został zaserwowany obiad w postaci spaghetti i, ku mojemu zdziwieniu, większość dzieciaków zjadła go bez protestów. Uważam, że dobrym pomysłem jest podanie czegoś konkretnego na początek. Wpływa to pozytywnie na samopoczucie imprezowiczów. Po raz kolejny przekonałam się, że dzieci najchętniej sięgają nie po wymyślne ciasta, ale po żelki i najprostsze: herbatniki, biszkopty i paluszki. Ciasta zostały zapakowane i wręczone rodzicom. Owoce też były i nawet były jedzone, choć trzeba było trochę naszej zachęty. A co do zabaw, to byłam przygotowana, jednak maluchy większość czasu bawiły się same. Dzieciaki były zachwycone, a ja … mimo małej liczby dzieci i dość krótkiego trwania imprezy (2 godziny) czułam się jak zdzielona obuchem w łeb. Sprzątanie to była już czysta przyjemność, bo było PO WSZYSTKIM. Być może jednak doświadczenie to kosztowało mnie tak wiele energii przez moją skłonność do nadmiernego przejmowania się głupotami, koszmarny upał tego dnia oraz fakt, że byłam w ciąży. Mimo wszystko – przeżyliśmy. Myślę, że kiedyś nawet zaryzykuję powtórzenie tej formy imprezy. Zwłaszcza, że gdy Jaś będzie starszy, powinno być nieco łatwiej.

Właśnie, za naszych czasów zapraszanie dziecięcych gości miało miejsce dopiero w przypadku urodzin dziecka w wieku szkolnym – czyż nie? W rachubę wchodziła wtedy tylko opcja B. Rodzice zaś nie wnikali za bardzo w zabawy dzieciaków, poprzestając na zapewnieniu tortu i ewentualnie jakichś kanapek. Zresztą bardzo miło wspominam moje urodziny z tamtym czasów. Zawsze były urozmaicone konkursami z nagrodami w postaci lizaków, kolorowych ołówków, gumek czy notesików.

Rodzicom dzieci w wieku szkolnym bardzo polecam więc skuszenie się na taką formę imprezy, zamiast wyskakiwania z grubej kasy na organizację urodzin na mieście. Wymyślanie konkursów i nagród powinno odbyć się wspólnie z jubilatem. Warto pozostawić dziecku sporą swobodę, pozwalając na rozwinięcie jego kreatywności i wspierając je, bardziej niż mu coś narzucając. W końcu to jego impreza. W razie braku pomysłów – wybierzmy się z pociechą do lokalnej biblioteki dla dzieci. Znajdziemy tam sporo pozycji ze scenariuszami imprez dla dzieci i propozycjami konkursów. Lepszymi niż te wyszperane w Internecie. Sprawdziłam!

  1. Urodziny w wynajętej sali

Usługę wynajmu sali, często wraz z dostępem do kuchni, świadczą m.in. prywatne przedszkola. Nie będę się tu rozpisywać, bo dalej wszystko jak wyżej. Jeśli chcemy, możemy jeszcze skorzystać z następnej możliwości, jaką jest:

  1. Zatrudnienie animatora

Jeśli wizja samodzielnego zabawiania zgrai dzieciaków nas przerasta, a nie przerasta naszego budżetu koszt takiej usługi. A wynosi on około 250 zł za 2 godziny. Nie musi to jednak być profesjonalny animator, bo taka opcja jest z pewnością najbardziej kosztowna. Może być to osoba po prostu doświadczona w pracy z dziećmi i/lub lubiąca zabawy z dziećmi, np. pracująca jako opiekunka czy nauczycielka (użyłam rodzaju żeńskiego, bo męski jakoś sztucznie by jednak brzmiał….). Albo ktoś inny, dostatecznie odważny, kto zgodzi się nam pomóc, np. jedna z mam.

  1. Impreza w plenerze

Bardzo dobre rozwiązanie, jeśli znamy miejsce, gdzie można usiąść, rozpalić ognisko lub grilla, napić się piwka, a dzieciakom umożliwić swobodne bieganie i hałasowanie. Nie trzeba ograniczać liczby gości. Swoją drogą zauważyłam, że ogień ma jakąś magiczną moc jednoczenia ludzi. Dzieci też uwielbiają ogniska i nawet największe łobuzy nieco wyciszają się od wpatrywania w płomienie. A pieczenie kiełbasek i ziemniaczków to frajda dla wszystkich. Cudownie, jeśli dodatkowo ma się do dyspozycji kogoś, kto mógłby przygrywać na gitarze. Rozwiązanie to nie jest też szczególnie kosztowne w porównaniu do innych. Tyle z plusów. Minusów niestety też sporo. Wiadomo, główny to uzależnienie od pory roku i pogody. Ja, mając dzieci urodzone w styczniu i w październiku, nie skorzystam z takiej opcji. Chyba że będziemy Jasiowi urządzać imieniny zamiast urodzin. Następny to konieczność posiadania planu „B” na wypadek deszczu lub chłodu albo – w przypadku braku takiego planu – liczenie się z odwołaniem imprezy w ostatniej chwili. Bo wymyślenie rozwiązania zastępczego to nie taka prosta sprawa. Chyba że jesteśmy gotowi na przyjęcie w domu zaproszonej grupy osób. Bo jakie może być inne wyjście? Nic rozsądnego nie przychodzi mi do głowy. Ostatnim z podstawowych minusów, który widzę, jest konieczność „upolowania” sobie upatrzonego miejsca na nasz urodzinowy piknik. Trzeba by więc zjawić się tam w miarę wcześnie rano, co i tak nie daje gwarancji, że ktoś nas nie wyprzedzi. Świetnie, jeśli ktoś ma dom z dużym ogrodem, wówczas wiele z tych minusów odpada. Pojawia się natomiast konieczność ogarnięcia mieszkania, a przede wszystkim posprzątania w toalecie 😉

Niezależnie od wybranej formy imprezy, pamiętajmy o jednym: o zapytaniu rodziców, czy ich pociechy nie cierpią na jakąś alergię pokarmową. O tej sprawie, jak wynika z obserwacji mojej i znajomych rodziców, często się zapomina. A przecież chyba nie chcielibyśmy widzieć łez zawodu w oczach malucha, który nie może zjeść tortu, nie mówiąc o konsekwencjach zdrowotnych, gdyby jednak go zjadł…

Co sądzicie o takich rozwiązaniach? Podzielcie się swoim doświadczeniem. A może macie inne pomysły, jak uhonorować małego jubilata bez wydawania fortuny?

zdmuchiwanie świeczek na torcie

 

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *