Co ja zrobiłam, oddałam dziecko do żłobka! Żłobek czy niania – co lepsze?

żłobek czy niania chłopiec

 

Tekst jest kontynuacją wpisu: Jaki jest wpływ żłobka na dziecko? Część I. Zapoznaj się z nim, zanim pojedziesz dalej 🙂

Żłobek czy niania – zastanawia się gorączkowo wielu rodziców. Są i tacy, którym jedna z opcji jest narzucona przez sytuację życiową czy miejsce zamieszkania. Jednak to wpływ żłobka na dziecko jest kwestią, która może szczególnie spędzać sen z powiek tym rodzicielom, którzy z różnych względów podjęli decyzję o posłaniu swojego malucha właśnie do placówki.

Zanim zanurzysz się w dalszą lekturę tego oto dzieła, najpierw… przyjmij wyrazy uznania za odwagę. Bo pewnie poczucie winy wywraca ci bebechy na drugą stronę, a mimo to, wykazujesz się podziwu godną dzielnością i właśnie czytasz ten tekst.

Na pocieszenie tym przejętym: ja też należę do rodziców, którzy zdecydowali się na ten krok. Temat budzi więc duże emocje także we mnie. Mimo to, rzetelnie, szczerze i punkt po punkcie, bazując na własnych: doświadczeniu oraz wiedzy, wskazuję w obydwu częściach wpisu, co dobrego, a co złego może w życie i rozwój dziecka w wieku żłobkowym (za taki przyjmuję tu wiek od około 1 do 2,5 roku, nie czuję się kompetentna pisać o znacznie młodszych dzieciach, choć wiem, iż zdarza się, że i takie żłobkują) wnieść uczęszczanie do placówki.

W tej części wpisu skonfrontuję żłobek z inną formą opieki: nianią, aby pokazać, jakie konsekwencje dla dziecka może przynieść wybór każdej z tych form. Zgodnie z obietnicą, zdradzę też, jak sobie radzi mój maluch w żłobku: czy się zaadaptował, czy nadal płacze?

 

Żłobek czy niania – wpływ na dziecko

O powodach, dla których wybraliśmy dla starszego syna żłobek wspominam w pierwszej części wpisu. Nasz starszak przetarł szlaki młodszemu bratu, a zarazem „pomógł” mu dostać się do świetnego żłobka państwowego (punkty, punkty…). Staram się moje dzieci traktować równo – dlatego uważam, że nieposłanie młodszego do żłobka byłoby swego rodzaju niesprawiedliwością wobec pierworodnego. „Na szczęście” i na wypadek, gdyby mnie kusiło zrobić inaczej, niania i tak jest poza naszym zasięgiem finansowym, przynajmniej w tym momencie.

Ale, ale: tekst ten dotyczy wpływu żłobka na dziecko, a nie na rodzica. Zostawiam więc rodziciela z jego portfelem i jego rozterkami z boku i biorę się za rozważania, jak na malucha, którego oboje rodzice pracują, może wpłynąć żłobek, a jak niania.

 

Trudy rozstania

Rozstanie z rodzicem, który przebywał z dzieckiem przez pierwszy rok jego życia większość czasu będzie się wiązało ze stresem dla dziecka: to oczywiste i nieuniknione, i nastąpi niezależnie, czy wybierzemy żłobek, czy nianię. Jedyną rzeczą, którą możemy, a wręcz musimy, zrobić, to sprawić, aby był on jak najmniejszy. Swoją drogą uważam, że taki stres (ale nie trauma!) jest pierwszą, bardzo ważną i potrzebną lekcją życia dla malucha, z którego przecież trzeba w końcu delikatnie zacząć zdejmować klosz.

Rzecz jasna, uchylać go należy łagodnie, a nie gwałtownie zrywać: niezależnie od tego, czy dziecko zostawimy w domu z opiekunką, czy w placówce, ważne, żeby poprzedzić właściwie rozstanie i nasze pójście do pracy łagodną, dostosowaną do potrzeb dziecka, adaptacją.

Jest ona potrzebna także, jeśli to niania będzie zajmowała się maluchem podczas pobytu rodziców w pracy. W żłobkach dziś adaptacja jest oczywistością, pamiętajmy więc o łagodnym wprowadzeniu dziecka w nową sytuację także, gdy zatrudniamy nianię. Dajmy malcowi i jego nowej opiekunce szansę  zapoznać się, nawiązać relację, co zarazem pomoże nam wstępnie zorientować się, czy wybraliśmy właściwą osobę.

W żłobku dziecko musi oswoić się z obecnością nie jednej, ale kilku nowych osób. A także z zupełnie nowym miejscem, jakże różnym od znanego mu dotąd środowiska domowego. Ten wzgląd zdaje się przemawiać na korzyść niani: dziecko może pozostać w znanym mu, bezpiecznym miejscu: własnym domu. Nadal z jednym opiekunem, a nie całym sztabem żłobkowych „cioć”.

Trud rozstania w przypadku zostawienia dziecka w żłobku może być większy. Jednak wszystko zależy od tego, jaki jest standard opieki w żłobku, jaka jest niania, a przede wszystkim – jakie potrzeby ma dziecko.

Skoro mowa o potrzebach: dziecko dla prawidłowego rozwoju potrzebuje bodźców. O odpowiednich: ilości, jakości i natężeniu.

 

Bodźce

Bardzo świeży przykład z naszego życia wzięty: Ignaś po pierwszym pozostaniu w żłobku na kilka godzin zrobił nagły progres ruchowy: zaczął częściej wstawać przy meblach, próbować chodzić przy nich oraz czynić próby wstawania bez podparcia. Przypadek? Nie sądzę.

Z bodźcami jest tak, że powinno ich być w sam raz. W warunkach domowych będzie ich mniej. Zwłaszcza gdy dziecko jest z rodzicem, który przecież rzadko może pozwolić sobie na wyłączne zajmowanie się tylko potomkiem, mając do ogarnięcia masę innych, codziennych spraw. I to pewnie jest dobre, naturalne. O ile nie będzie oznaczało zupełnego braku czasu dla dziecka. A wiem, że bywa różnie. Czasem rodzic musi pracować w domu, ma więcej dzieci, ma własne ograniczenia…

Rodzic nie zapewni dziecku takich bodźców, jakie może ono otrzymać w żłobku: tych wynikających z kontaktów z dziećmi, z dostępu do zajęć edukacyjnych, wreszcie, z faktu, że w placówce personel koncentruje całą swoją uwagę na dzieciach.

Wiem też, że trudno o znalezienie niani, która zadba o dostarczanie dziecku różnorodnych bodźców, choć nie twierdzę, że to niemożliwe: mam znajomych, którzy takie osoby znaleźli. Nigdy jednak za pierwszym podejściem.

I znów: wszystko rozbija się o to, jaka ta niania i jaki ten żłobek. Dziecko w placówce może być narażone na przebodźcowanie. Jak to się objawia? Różnie. Mogą pojawić się rozdrażnienie, pobudzenie, płaczliwość, agresja lub odwrotnie: ogromne zmęczenie, senność, bądź problemy ze snem. Nie jestem psychologiem dziecięcym i nie zamierzam wchodzić w jego kompetencje. Piszę na podstawie obserwacji dzieci własnych oraz innych, które widywałam na co dzień i z rodzicami których regularnie rozmawiałam.

Czasem powodem gorszego samopoczucia dziecka mogą być po prostu: niewyspanie, głód, gorszy stan zdrowia, a nie nieodpowiednie warunki w żłobku. W okresie adaptacji, czyli przez pierwszych kilka a nawet kilkunaście tygodni (w zależności od specyfiki dziecka), takie stany też są normą. Oczywiste jest jednak, że jeśli się przedłużają, trzeba mocniej przyjrzeć się temu, co dzieje się w placówce. Tym bardziej, że nasz maluch jest bezbronny i nie umie wprost powiedzieć, co złego go spotkało. Może więc liczyć tylko nas – nie zapominajmy o tym i bądźmy czujni.

To samo zresztą dotyczy niani: tam gdzie chodzi o dobro i bezpieczeństwa naszego dziecka, niech nie opuszcza nas czujność, choćbyśmy dziecko zostawiali z samym aniołem!

Tym samym doszłam do kolejnej kwestii: jest nią zapewnienie dziecku bezpieczeństwa i kontrola nad poczynaniami opiekuna.

 

Bezpieczeństwo i kontrola

Zostawienie dziecka w domu z osobą z ulicy niesie za sobą ryzyko. Wiem, że często nie ma wyjścia. I zwykle wszystko jest w porządku. Tego życzę każdemu z was. Sama zresztą stoję przed wyzwaniem znalezienia dla naszych synów dorywczej niani i też będę musiała zaryzykować. Wiadomo, że w żłobku ryzyko jest mniejsze. Oczywiście nie mam na myśli żłobków-krzaków.

W 2011 r. weszła w życie tzw. ustawa żłobkowa, regulująca standardy opieki w placówkach sprawujących opiekę nad dziećmi do lat 3: KLIK (aktualizacja w 2017 roku: KLIK). Wprowadzono rejestr, wpisanie do którego uzależnione jest od spełnienia określonych ustawą wymogów. Nadal jednak aż roi się od „klubików” i „żłobków”, które nie są do tego rejestru wpisane! Nie spełniają więc żadnych norm!

Niech was diabeł nie podkusi, aby umieścić dziecko w takim miejscu. Kiedy szukaliśmy żłobka dla pierworodnego, temat przerobiliśmy wzdłuż i wszerz, zwłaszcza że nie mieliśmy z jednym dzieckiem szans na dostanie się do żłobka miejskiego (a te wciąż są miejscami najbezpieczniejszymi i o najwyższych standardach, choć wiem, że coraz więcej jest całkiem dobrych żłobków prywatnych). Zwiedziłam więc masę żłobków prywatnych i wierzcie mi – bywało, że standardy lokalowe oraz kompetencje personelu wołały o pomstę do nieba!

No właśnie: kompetencje.

 

Kompetencje

Czy opiekun dziecka w wieku 1 do 2,5 roku powinien mieć określone kompetencje? Wykształcenie wyższe, najlepiej kierunkowe? A może najważniejsze i wystarczające jest tzw. powołanie do pracy z maluchami?

Wydaje się, że to ostatnie jest najważniejsze. Maluszek nie potrzebuje kogoś, kto skończył Sorbonę, tylko osoby, która będzie dla niego: cierpliwa, troskliwa, ciepła. Przyda się jeszcze trochę doświadczenia przy małych dzieciach: aby umiała przewinąć, przebrać, nakarmić, żeby rozumiała potrzeby malca. Idealnie byłoby, gdyby umiała też z dzieckiem bawić się w rozwijający dla niego sposób.

Wszystko to brzmi pięknie. I z pewnością, gdy będziecie prowadzić „casting” na nianię, każda z nich będzie te rzeczy deklarować. Wiadomo jednak, że rzeczywistość bywa różna. Podobnie jak powody, dla których dana osoba decyduje się podjąć pracę niani. Niestety nie zawsze jest to powołanie do takiej pracy i miłość do dzieci. Choć – znów – i nam, i wam, tylko takich niań z całego serducha życzę.

Ponownie też podam wam na talerzu świeżutki, cieplutki jak pączuszek, przykład z naszego życia: jesteśmy na etapie adaptowania się młodszego syna w nowym żłobku. I przekonuję się, jakie znaczenie mają kompetencje opiekunek. Jak jest, gdy taka osoba zarazem ewidentnie kocha dzieciaki i swoją pracę, a także ma wiedzę i doświadczenie w dziedzinie opieki nad nimi. Połączenie idealne? Ideałów nie ma i wiem, że prędzej czy później dostrzegę jakieś cienie. Oby nie były zbyt duże.

Jak na razie zaś, dzięki profesjonalizmowi oraz sercu i cierpliwości opiekunek, udało się zminimalizować stres u małego i uniknąć błędów w adaptacji dziecka, jakim jest mój młodszy syn. Dziecka, co do którego miałam ogromne obawy, czy w ogóle nadaje się do żłobka. Teraz mogę to napisać szczerze. Wydawało mi się, że ze względu na to, że jest bardzo wrażliwy i potrzebuje dużo czułości, może być z nim duży problem. Co rzecz jasna spowodowało, że okropnie się martwiłam i zmagałam z demonem matczynego poczucia winy (więcej o tym uczuciu, w kontekście drugiego dziecka, ale nie tylko, pisałam we wpisie Gdy pojawia się drugie dziecko… zjawia się ktoś jeszcze). Na końcu tekstu piszę, jak teraz czuje się w żłobku Ignaś i jak czuję się ja.

A póki co, wspomnę o jeszcze jednej sprawie: może przyziemnej, ale równie istotnej: o jedzeniu.

 

Żywienie

Najedzone i wyspane dziecko to na 90 procent zadowolone dziecko. Zresztą: czy z nami, dorosłymi, jest inaczej? Jedzenie jest ponadto podstawą zdrowia. W końcu jesteśmy tym, co jemy. A dla rozwijającego się organizmu i w czasie, gdy kształtują się nawyki żywieniowe na całe życie, jedzenie zdrowe, a zarazem takie, które dziecko zechce zjeść, to w ogóle sprawa o randze państwowej.

I tu pytanie: co ten nasz potomek będzie spożywał w placówce, a co w domu, w towarzystwie niani? W tym drugim przypadku: trzeba przy omawianiu warunków współpracy ustalić, kto będzie przyrządzał posiłki dla dziecka. A jeśli opiekunka do gotowania będzie się gotować: co to będą za posiłki.

Jeśli dziecko będzie jadło w żłobku: większość żłobków prywatnych korzysta z cateringu. Och, książki można by napisać na ten temat. Ogólnie: nie polecam. Na pewno nie zawsze jest z tym źle, jednak radziłabym tu mocne zainteresowanie tematem, niekończące się na przeczytaniu menu, a na dokładnym skontrolowaniu, co tak naprawdę na talerzu malucha ląduje. Niektóre żłobki prywatne umożliwiają przynoszenie posiłków przygotowanych w domu. Duży kłopot, gdy się pracuje, wiem.

Jak napisałam, kwestia to o radze państwowej, a żłobki państwowe w pełni tę rangę uznają. Jedzenie w nich jest pierwsza klasa. I super zbilansowane, i pyszne! Mój starszy syn to łasuch jakich mało. Po swoim pierwszym dniu pobytu w państwowym żłobku, półtoraroczny Jaś, zapytany, jak było, odpowiedział krótko, rzeczowo i na temat: „mniam, mniam”.

 

Do brzegu

Choć wpływ żłobka na dziecko oraz dylematy, co lepsze: niania czy żłobek, to tematy-rzeki, najwyższa pora zmierzać do brzegu.

Czy stojąc w obliczu decyzji o posłaniu naszego malucha do placówki, mamy powody, aby martwić się o wpływ żłobka na dziecko? Czy jest on dobry, czy zły?

Napiszę wam za jakieś kilkanaście lat: gdy przekonam się, co z tych moich ancymonów wyrosło. A potem, jeśli skleroza mi w tym nie przeszkodzi, za kolejne 50, czy stało się tak, jak mówi obiegowa opinia: że za żłobek jest dom starców.

Choć powiem wam, że jeśli byłby fajny, to ja się sama tam zapiszę. Bo przynajmniej będę mogła pogadać z kimś w moim wieku, zagrać w karty. Towarzyska cholernie ze mnie bestia i pewnie tak mi zostanie, nawet gdy będę miała pieluchę na tyłku.

Także, żłobek: tak, ale tylko dobry, sprawdzony. I niania: też tak, ale tylko dobra, sprawdzona (przez nas). Jedno i drugie wystarczająco dobre. Przekonałam się, że powierzając komukolwiek opiekę nad dzieckiem, trzeba iść na kompromis. Nie zgadzam się na niego w kwestiach fundamentalnych, jak poczucie bezpieczeństwa mojego dziecka, jego faktyczne bezpieczeństwo, jego zadowolenie i dobre odżywianie. A w pozostałych: no cóż, wiem już, że jeśli chcę, aby wszystko było dokładnie tak, jak sobie życzę – muszę zrobić to sama.

Czy posyłając dziecko do żłobka, wyrządzamy mu krzywdę? Uważam, że wyrządzić ją można nie kochając go, nie zajmując się nim, nie akceptując go, stosując wobec niego przemoc.

Powierzenie opieki, dobrej, powtarzam, dobrej placówce lub dobrej niani, może zaś, wnieść w jego rozwój wiele dobrego. Zagrożeń także trochę jest. Dowodem są wyniki badań naukowych, które przytaczam w pierwszej części wpisu. Choć wciąż jest ich trochę mało, nie są prowadzone we wszystkim państwach (a standardy opieki są w nich różne) i brakuje tzw. badań podłużnych: analizy rozwoju i zachowań od momenty pójścia do żłobka do okresu osiągnięcia dorosłości. Dobrze, że poza badaniami są jeszcze takie rzeczy jak rodzicielska intuicja i możliwość wymiany doświadczeń z innymi rodzicami.

Na sam koniec – obiecane sprawozdanie z postępów w adaptacji Igiego:

 

Nasza adaptacja

Jak pisałam w pierwszej części, nie zapowiadało się zbyt dobrze. Po pierwszej fascynacji nowym miejscem, przyszła pora płaczu, który był jeszcze większy po dwóch kilkudniowych przerwach spowodowanych infekcjami.

Póki sytuacja tak wyglądała, Ignaś był przyprowadzany na 1,5 godziny. Beze mnie. Ja byłam z nim tam 2 razy po godzinie, więcej nie, aby nie wdrukował sobie, że to sala zabaw, w której będzie z mamą.

Zaraz po napisaniu poprzedniego wpisu, po 4 tygodniach chodzenia do żłobka z przerwami… Ignaś zaskoczył! Tego dnia była ładna pogoda, dzieci szalały więc na tarasie. Małemu bardzo się tam spodobało. Po raz pierwszy odebrałam go zadowolonego. I to był przełom.

Następnego dnia był 2 godziny, a kolejnego już został na spanie. Trzeciego dnia pobytu ze spaniem, uśmiechnięta opiekunka przyniosła mi równie uśmiechnięte, wyspane, najedzone i rozbawione dziecko! W domu też miał świetny i humor. I nawet przestał płakać przy pożegnaniu. Wielkie UF.

 

Podobał Ci się wpis? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

7 komentarzy

  1. Świat Toli napisał(a):

    Uważam, że dziecko powinno jak najwcześniej się socjalizować i jeżeli jest możliwość, aby poszło do żłobka to jak najbardziej. Jeżeli z jakichś względów jednak rodzic nie potrafi, to niech i będzie opiekunka, ale przedszkole to już powinno być obowiązkowo.

    • Kasia napisał(a):

      Po swoich dwóch synach i innych, znanych mi dzieciach, faktycznie wnioskuję, że zwykle wczesna socjalizacja wnosi wiele dobrego w ich rozwój. Poza tym roczne maluchy są bardziej elastyczne niż np. dwu- czy trzylatki.

  2. Aleksandra napisał(a):

    Jejku jak pięknie wszystko napisałaś.
    Świetnie, że synek polubił żłobek. Wiadomo, najtrudniejsze są początki.
    Temat na topie, bo córka najprawdopodobniej też na dniach pójdzie do żłobka.

  3. rodzicewsieci.pl napisał(a):

    Moje trzy dziewczyny co prawda nie chodziły do żłobka i nie miały niani natomiast myślę, że oba rozwiązania są świetne. U nas ja jestem z dziećmi także sprawa wygląda inaczej ale ninią kiedyś byłam i wspominam ten czas fantastycznie a co do żłobków to wydaje mi się, że jesli trafi się na odpowiedni to też jest wspaniały czas dla dziecka 🙂

  4. rodzinka 2+3 napisał(a):

    uważam że żłobek to świetna inwestycja w dziecięce społeczne nauki i różne zachowania… niania tego nie da wszystko zalezy na stanowisku niani czy Pań w Żłobku jak si e dziecko będzie rozwijać bo znam i takie nianie które sa bo są a znam takie które bawią się z dzieckiem są keratywne to samo w żłobku mój syn pierwszy był w prywatnym potem okazało się co się tam działo…a państwowy był naprawdę rewelacyjny i jedzenie i zajęcia dla dzieci…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *