Zostawiłabyś niemowlę na kilka miesięcy? One tak robiły

niemowlę vintage macierzyństwo w XIX wieku

Kobiety, o których mowa, nie uważały siebie za złe matki. Nie były też za takie uważane przez innych. Nie pochodziły z nizin społecznych, wręcz przeciwnie. Rzecz w tym, że żyły w… XIX wieku. Tym razem więc wyciągam Was w podróż w przeszłość, aby pokazać Wam kawałek prawdy o tym, jak wyglądało macierzyństwo w XIX wieku. Wsiadacie?

Informacje, które Wam zaraz przedstawię są pewne – pochodzą z „ pierwszej ręki”. Ich źródłem są pamiętniki kobiet żyjących w XIX wieku, pochodzących z wyższych sfer (tylko takie trudniły się wówczas pamiętnikarstwem). Podpieram się również wiedzą z opracowań dotyczących kobiety, macierzyństwa i rodziny w XIX wieku.

Myślicie, że te kobiety nie kochały swoich dzieci? Jeśli tak, to mylicie się. One same deklarowały wielką miłość macierzyńską. Wydaje się nawet, że szczerze. W tamtych czasach obowiązywały po prostu inne standardy. Świadczy o tym wiele zachowań XIX-wiecznych matek, które dziś nas szokują, a wtedy nie wywoływały nawet zdziwienia. Jakie to zachowania? Pierwszym z nich są właśnie długie podróże bez dzieci.

 

XIX-wieczna żona to towarzyszka męża, także w podróży

 

XIX-wieczna kobieta w podróży macierzyństwo w XIX wieku

 

W życie szlachcica wpisane były wyjazdy – w interesach, dla podratowania zdrowia, w celach towarzyskich, politycznych lub czysto turystycznych. Podróże takie trwały bardzo długo, często wiele miesięcy. Sam czas przemieszczenia się w erze, gdy siłą napędową były mięśnie koni a nie silniki pojazdów, był przecież bardzo długi. Nic dziwnego, że po dotarciu na miejsce nie zbierano się od razu do powrotu.

XIX-wieczna szlachcianka to przede wszystkim żona. Rola matki była również ważna, zwykle znajdowała się jednak na drugim planie. Powinnością XIX-wiecznej żony ziemianina było więc towarzyszenie mężowi w każdej sytuacji. Nikogo nie szokowało, gdy matka zostawiała małe dziecko, nawet niemowlę, i wyprawiała się wraz z mężem w trwającą wiele miesięcy podróż.

Tak Jadwiga Zamoyska ubolewa, że po powrocie z podróży do Turcji (towarzyszyła mężowi‑generałowi podczas Wojny Krymskiej) nie radzi sobie z małym synkiem, który nie zna rodziców, a tęskni za swoją mamką:

Przykre mi było rozstanie bliskie z moim mężem. Na domiar złego, pojęcia nie miałam jak się zachowywać z małym dzieckiem, a do tego zupełnie zrozpaczonym.

Co charakterystyczne, bardziej wydaje się martwić ją nieumiejętność radzenia sobie z dzieckiem oraz myśl o rozstaniu z mężem, a nie fakt, że dziecko jest przywiązane do mamki bardziej niż do matki, od której się odzwyczaiło i której nie poznaje. Ciekawostką jest fakt, że owa mamka była czarnoskóra! W państwach kolonialnych mamki i nianie rodem z Afryki, zajmujące się białymi dziećmi, były codziennością, jednak na ziemiach polskich już nie. Synek Jadwigi bardzo pokochał swoją egzotyczną przybraną mamę i bardzo cierpiał, gdy go z nią rozłączono.

Dowodem na to, że Jadwiga Zamoyska jednak kochała swoje dzieci są choćby te jej wypowiedzi:

 

(…) chociaż tego pierwszego dziecka nie pragnęłam wcale, dałam mu, ledwo na świat przyszedł i ledwo głos jego usłyszałam, największy dowód miłości, jakiego mogłam być zdolną. (…) od tej pory bardzo rzadko i bardzo na krótko pragnienie śmierci mi się wróciło i tylko wtedy, kiedy mi na myśl przychodziło, że jemu (dziecku) nie jestem potrzebną.

***

6-go października 1855 roku urodził się mój syn, Witold, a pomnąc, że mój mąż gorąco pragnął drugiego syna, tak się tym dzieckiem ucieszyłam, że nie pamiętam podobnej w życiu radości.

***

 (…) gdy wszyscy na śniadanie się zeszli, nie małe było zdziwienie gdy się dowiedziano, że mnie Pan Bóg tej nocy, o 3-ej z rana córką obdarzył. Urodzenie się tej córki sama nie wiem komu większą sprawiło radość, czy mnie, czy jej Ojcu, czy braciom. Jakoś z radości wszyscy się popłakali, bo ta radość tyle przypominała boleści (…)1.

Zauważcie, że w prawie każdym cytacie będącym wyznaniem miłości macierzyńskiej Jadwiga podkreśla swój stosunek do męża: wskazuje jako główny powód swojej radości z narodzin dziecka fakt, że rodząc je, uradowała małżonka.

Skoro matki wyjeżdżały bez dzieci, to pewnie nie karmiły piersią? – zapytacie.

 

A co z karmieniem piersią?

 

karmiąca XIX wiek macierzyństwo w XIX wieku

Przed XIX wiekiem karmienie piersią przez matkę nie było ani przyjęte, ani dobrze widziane w wyższych sferach. Ograniczało bowiem kobietę w odgrywaniu najważniejszych wówczas ról: żony (mężowie chcieli mieć małżonkę – jej czas oraz jej piersi – do własnej dyspozycji), osoby z towarzystwa i gospodyni przyjmującej gości (źle widziane było odejście ze spotkania czy przerwanie rozmowy towarzyskiej w celu nakarmienia dziecka). Mieszanek wówczas nie było 😉 korzystano za to powszechnie z usług płatnych mamek. Wpisywało się to zresztą w normy traktowania dzieci w owych czasach i w tej warstwie społecznej.

XIX wiek przyniósł jednak powiew zmian w tym zakresie. Od końca XVIII wieku zaczęto dostrzegać korzyści zdrowotne i emocjonalne płynące dla dziecka wraz z mlekiem matki. Lekarze na łamach fachowej prasy przekonywali matki, aby same karmiły swoje niemowlęta. Wśród ziemiaństwa jednak początkowo wciąż uważano karmienie piersią za niepotrzebną zachciankę kobiety, zaś wynajmowanie mamki za oczywistość. Coraz częściej jednak szlachcianki i arystokratki zaczynały same karmić piersią i osobiście (choć nie przez cały czas) sprawować opiekę nad dzieckiem, zamiast prawie całkowicie powierzać ją nianiom (bonom). Takie zachowania uważane były jednak wtedy za nowatorskie. Dowodem są te słowa Jadwigi Zamoyskiej, dotyczące drugiego syna:

 

Trzeba więc było szukać mamki; sprowadzono ich kilka, ale dziecko żadnej przyjąć nie chciało. Próbowano mu dać mleko (…), wszystko spluwał i (…) powiedział doktor, że tymczasowo muszę dziecko sama karmić1.

 

Młodsza siostra Jadwigi, Anna Potocka (obie z domu Działyńskie, podobnie zresztą jak niżej wspomniana Henrieta, jednak ta nie była ich siostrą), miała już zupełnie inne podejście – karmienie piersią było jej wyborem i choć napotkała na trudności, walczyła. Tak o tym pisze:

 

Ja chciałam karmić bezwarunkowo (…).

***

(…) biednego Jasia trzymałam przy pustej piersi i ani o mamce słyszeć nie chciałam!2

 

Bardzo, jak na owe czasy, nowoczesną mamą było Henrieta Błędowska. Po stracie kilkorga dzieci (śmiertelność dzieci była wówczas bardzo wysoka, co zapewne stanowi częściowe przynajmniej wytłumaczenie chłodnego jak na dzisiejsze standardy stosunku do dzieci – ale to odrębny i mało przyjemny temat…) postanowiła wziąć sprawy karmienia i wychowania córki Wincenty w swoje ręce i to dosłownie:

 

Teraz nadchodzi moment, w którym Bóg mnie wynagrodził za wszystkie moje cierpienia i zgryzoty przeszłe i przyszłe spełnienie moich życzeń. Dał mi córeczkę z błękitnymi ślicznymi oczkami, z blond włoskami długimi, w duże pierścienie zakręconymi, która mnie uśmiechem powitała. O, jakże się błogo sercu zrobiło, jak przeczucie szczęścia, którym mnie Bóg w jej osobie obdarzył i które niezachwianie odtąd przez nią od niej doświadczam! Uchwyciłam za moją Wicię obu rekami jako za moją własność. Nikomu nie pozwalałam dostąpić, mamkę, którą przyprowadzili, ani na oczy.

Zauważcie, że rodzina Henriety nie rozumiała jej decyzji o karmieniu piersią i próbowała jej narzucić mamkę. Henrieta jednak się nie dała i była ze swojej decyzji bardzo zadowolona:

 

Co ta radość z niczym nieporównana, kiedy się tę dziecinę przytula do łona. Oprócz pożywienia wlałoby się w nią wszystkie szczęście i dary niebieskie, sobie nie zostawując, lecz żyjąc jej szczęściem jedynie, a to jest prawdziwe.

 

Brzmi znajomo? Mało tego, Henrieta karmiła swoją „Zizię” aż do 4. roku życia. Być może karmienie piersią było tym, co zadecydowało o wyjściu dziecka z niebezpiecznej choroby nazwanej „zapaleniem mózgu”, na którą umarły poprzednie dzieci Henriety:

 

To był jej jedyny posiłek i pociecha [w czasie rekonwalescencji] i wtedy powiedziałam, że będę karmić, póki zechce Zizia, choćby do piętnastu lat. Jednak tylko trzy miała skończone, czwarty zaczęty, kiedy sama porzuciła.

 

Henrieta podkreśla też na łamach swojego pamiętnika, że interes dziecka jest dla niej ważniejszy, niż uchybienia towarzyskie, które popełnia, odchodząc od gości w celu nakarmienia dziecka:

 

(…) ale ja wszystkim gościom zapowiedziałam, że pani w domu nie ma, tylko jest mamka, że to pierwszy mój obowiązek, więc żeby się nie obrażali, jak przerwę czy rozpoczętą mowę, czy od obiadu wstanę na pierwsze wezwanie dziecka, gdyż powiedziałam sobie, iż na nic i na nikogo zważać nie będę i co bym od obcej mamki wymagała, to sama najakuratniej spełnię dla własnego dziecka3.

 

Widzicie jednak, że jest świadoma, iż jej postawa może budzić kontrowersje.

 

A wiecie, że przed XIX wiekiem było z traktowaniem dzieci jeszcze gorzej? Swoją drogą, mam wrażenie, że w historii ludzkości mody i tendencje lubią powracać. Czy to w dziedzinie mody, czy jedzenia, czy wreszcie wychowania dzieci. Zważywszy więc na to, że teraz mamy czasy totalnie dzieciocentryczne, zastanawiam się, czy kiedyś podejście to się wypali, a na jego miejsce powróci postawa znana choćby z naszego, rodziców, dzieciństwa, według której dziecko „zna swoje miejsce w szeregu”. Jak myślicie?

 

dzieci XIX wiek macierzyństwo w XIX wieku

 

matka z dzieckiem XIX wiek macierzyństwo w XIX wieku

 

dziewczynki XIX wiek macierzyństwo w XIX wieku

 

Chcecie więcej? Mam jeszcze sporo takich XIX-wiecznych ciekawostek w zanadrzu. Jeśli dacie mi znać, że takie posty Was ciekawią – może powstanie ich cały cykl – to zależy od Was.

 

Podobał Ci się artykuł? Chcesz być na bieżąco i wiedzieć o nowych postach? Dołącz do mnie na FB! Możesz to zrobić np. TU.

 

Źródła:

  1. Jadwiga Zamoyska, Wspomnienia, Londyn 1961.
  2. Anna z Działyńskich Potocka, Mój pamiętnik, Warszawa, Instytut Wydawniczy Pax, 1973.
  3. Henrieta z Działyńskich Błędowska, Pamiątka przeszłości. Wspomnienia z lat 1794-1832, Warszawa, PIW, 1960.
  4. Małgorzata Stawiak-Ososińska, Ponętna uległa, akuratna…: ideał i wizerunek kobiety polskiej pierwszej połowy XIX wieku: (w świetle ówczesnych poradników), Kraków 2009.
  5. Aneta Bołdyrew, Matka i dziecko w rodzinie polskiej, Warszawa, Wydawnictwo Neriton
  6. Aneta Bołdyrew, Między tradycją a nowoczesnością : polskie ziemianki o etosie życia rodzinnego w dobie zaborów, „Studia nad Rodziną” 2011, 15/1-2 (28-29), 255-271 dostępne online: http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Studia_nad_Rodzina/Studia_nad_Rodzina-r2011-t15-n1_2_(28_29)/Studia_nad_Rodzina-r2011-t15-n1_2_(28_29)-s255-271/Studia_nad_Rodzina-r2011-t15-n1_2_(28_29)-s255-271.pdf

Kasia

Cechuje mnie ciągły głód słowa pisanego – zarówno czytania, jak i tworzenia. Na powstanie bloga wpłynęło kilka spraw, oprócz wspomnianego apetytu na pisanie były to: odpieluszkowe zapalenie mózgu, fascynacja doświadczeniem rodzicielstwa (z jego jasnymi i ciemnymi stronami) a zarazem próba nieutopienia się w nim, zainteresowanie zjawiskiem rodziny jako takim i – wreszcie – chęć zagłębiania się w historię życia codziennego i dzielenia się nią z Wami.

Może Ci się również spodoba

4 komentarze

  1. Kasia napisał(a):

    Kasia – dawaj więcej. to się świetnie czyta!

  2. Basia napisał(a):

    Super, ja bym jeszcze coś przeczytała napewno

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *